Ten order dostałem od dorosłych
11 listopada 2002 roku


KRZYŻ KOMANDORSKI Z GWIAZDĄ ORDERU ODRODZENIA POLSKI





A ten Order Uśmiechu dostałem od dzieci
21 lutego 2003 roku




KRZYŻ OFICERSKI ORDERU ODRODZENIA POLSKI. WSZYSTKIE ODZNACZENIA ZA BUDOWNICTWO I ZA DZIAŁALNOŚĆ SPOŁECZNĄ
Krzyż oficerski

WIERSZ DEDYKOWANY MI PRZEZ CÓRKĘ






Zaświadczenie



PRZYGODA Z KATARZYNĄ GROCHOLĄ

Od lat jesteśmy z żoną zapraszani na prześwietne Gale BCC. Kilkanaście lat temu zostałem sygnatariuszem Forum Dialogu zorganizowanego wielkim nakładem wyobraźni i środków przez Marka Goliszewskiego, szefa BCC i tak już zostało wzajemne przywiązanie. W tym roku Gala odbyła się na torach Wyścigów Konnych na Służewcu. Obowiązkowe muszki, garnitury, fantazyjne kapelusze na głowach pięknych pań, oraz cały liczący się świat biznesu i polityki. Do tego na okrasę Ona – Katarzyna Grochola. Otoczona tłumem wielbicieli jej talentu literackiego i osobistej piękności. Podchodzimy i wygłaszam coś w tym stylu: jest to niesprawiedliwe, opatrzność obdarzyła Panią niezwykłą urodą, mądrością, wielkim talentem literackim, że o tańcu już nie wspomnę. A ja na ten przykład nic – nawet jak mówię to robię błędy ortograficzne. Uśmiechnęła się i zrobiliśmy sobie kilka zdjęć. Na koniec wpisała dedykację, w której dla poprawy mojego samopoczucia celowo zrobiła błąd ortograficzny.

26 czerwca 2010

Okładka

Dedykacja Grochola

Gala BBC 1

Gala BBC 2

Gala BBC 3



PIOTR FRONCZEWSKI,
CZYLI MOJA PRZYJAŹŃ Z PIRATEM DROGOWYM


    A było to tak. Był to rok 1990 albo nawet trochę wcześniej. Wigilia Bożego Narodzenia. Popołudnie, Warszawa ul. Krucza. Pusto, żadnego samochodu. Wszyscy siedzą już przy stołach biesiadnych. W oknach zapłonęły pierwsze świeczki na choinkach. Mój Fiat 125P musiał się zatrzymać na czerwonych światłach przy Żurawiej. Dalej pusto. I nagle przeraźliwy pisk opon. Ktoś gwałtownie hamował. Pomyślałem, że zaraz będzie potężny wypadek. I stało się. Piekielnie mocne uderzenie w tył samochodu. Wypadam przepełniony chęcią mordu. Na ulicy tylko dwa samochody. Mój fiacik, a z tyłu wbity w niego samochód przypominający poloneza. Krew mnie zalała, ale jeszcze nie na tyle żeby nie dostrzec, że zza kierownicy wygramolił się absolutny ulubieniec wszechświata Piotr Fronczewski. Natychmiast odpłynęła mi cała złość. Z odległości ładnych kilku metrów wykrzyknąłem: „O pan Fronczewski, jak się cieszę, tak chciałem pana poznać”. Fronczewskiego w sposób widoczny zamurowało. Słusznie spodziewał się linczu a tu taki tekst. Oparł się o swój częściowy samochód i odrzekł: ” Panie, k…., w różnych kabaretach grałem, ale czegoś podobnego nie można sobie nawet wyobrazić”. I tak się zaczęła nasza przyjaźń.

PS.
Potem się dowiedziałem, że niedawno Polnez został wyposażony jak na safari w specjalną kratę, na której zmontowano potężną baterię halogenów. Jak wiadomo przy gwałtownym hamowaniu przód samochodu siada. Uderzenie tym wszystkim „miękkim” w mój tylny zderzak spowodowało całkowitą demolkę Poloneza, bez żadnych śladów na moim Fiacie. Wygląda na to, że poznałem wspaniałego aktora dzięki opatrzności boskiej.

Ja i Piotr Fronczewski
NIEDAWNE SPOTKANIE Z PIOTREM FRONCZEWSKIM

LETNIA GALA  BCC

Gala BCC 1
Roman Nowicki z Markiem Goliszewskim Prezesem BCC.

Gala BCC 2
Urocza Pani Elżbieta Wiązowska BCC i Marszałek Jan Król. Zapewne przypadek sprawia, że wielka letnia Gala BCC zwykle wypada w imieniny Janka, co powoduje, że jest dwa w jednym: wspaniała Gala i impreza imieninowa na tysiąc par. Nie ma to jak być marszałkiem!

Gala BCC 3
Konkursy na najpiękniejsze kapelusze spowodowały, że wiele pań o niczym innym nie myśli przez cały rok jak tylko o tym, żeby w tym jednym dniu powalić panów na kolana a rywalki, żeby zzieleniały na trwałe z zazdrości.

Gala BCC 4
Pan Prezydent Święcicki miał tyle innych możliwości a jednak swoją męską przystojność ulokował przy moim stoliku, a dokładniej przy mojej żonie. Nie dziwię się i na pewno nie kapelusz tu decydował, choć piękny (bo sam go kupowałem).

Gala BCC 5
Państwo Wojdyłowie – górale z krwi i kości, zdobywcy wszystkich możliwych nagród i diamentów.

Gala BCC 6
Pan Prezes Marek Goliszewski, Pani Ela Wiązowska i Pani Jadwiga Sobczak-Nowicka moja osobista żona a jakże.

PIERŚCIEŃ

Pismo potwierdzające z BCC

Wręczenie pierścienia 1

Wręczenie pierścienia 2

Wręczenie pierścienia 3

KOCHANY PROFESOR

    Dzisiaj publikuję otrzymany niedawno list mojego ukochanego nauczyciela z Przasnysza – Pana Aleksandra Drwęckiego. W szkole podstawowej, w klasie szóstej i siódmej, uczył mnie chemii i fizyki z dosyć marnym wszakże skutkiem, bowiem należałem do uczniów dosyć opornych na wiedzę ścisłą.
    Po wielu, wielu latach los zetknął nas ponownie. Pan Aleksander stał się źródłem nieocenionej wiedzy o wszystkim, co się wydarzyło w historii ziemi przasnyskiej. W szczególności zajmował się bohaterskimi losami mieszkańców okolicznych wsi i samego Przasnysza w okresie okupacji niemieckiej i krwawych rządów władzy radzieckiej.
    Do wspomnień tych skłonił mnie fragment listu dotyczący książki „Martyrologia społeczeństwa powiatu przasnyskiego w latach wojny i okupacji 1939 – 1945”. Pan Profesor przypomina, że między innymi dzięki odkryciu tej prawdy, ludziom wysiedlonym w roku 1940 przyznano prawa i dodatki kombatanckie. Skoro już mowa o Jego książkach, które sponsorowałem, chciałbym przypomnieć pewien epizod. Po wydaniu serii dotyczącej zbrodni hitlerowskich z okresu okupacji, zwróciłem uwagę, że może warto by było coś napisać na temat zbrodni sowieckich, żeby nie być posądzonym o jednostronne patrzenie na historię. W niedługim czasie pojawiła się książka opisująca tragiczne losy mieszkańców ziemii przasnyskiej wysłanych do łagrów byłego Związku Radzieckiego.
    W tym miejscu ciśnie się inne wspomnienie. Jako poseł ziemi przasnyskiej miałem spotkanie z mieszkańcami jednej ze wsi, w trakcie którego promowaliśmy książkę dotyczącą masowych zsyłek na Sybir. Opowiadałem zebranym o niebywałym rysunku z tej książki obrazującym rozplanowanie łagru, wykonanym w głębokiej konspiracji i potem przywiezionym do Polski przez Pana Marchewkę. W tym momencie poprosił o głos bardzo stary, podpierający się na lasce, człowiek i powiedział: „Ja jestem, Proszę Pana, Marchewka, i ja razem z bratem narysowałem ten rysunek”.
    Pan Profesor Drwęcki pozwolił mi również odkryć kawał tragicznej historii mojej rodziny. W 1946 roku, podczas ekshumacji zbiorowej mogiły w Starych Jabłonkach, znaleźliśmy mojego ojca z rękami związanymi drutem kolczastym, zamordowanego strzałem w tył głowy. Przeżycia były tak okropne, że całe lata z tego okresu dziecko, jakim wówczas byłem, wykreśliło z pamięci. Dopiero po dziesiątkach lat Profesor Drwęcki odkrył mi historię tego morderstwa i podkreślił fakt, że ojciec był oficerem wywiadu AK, a nieszczęście spotkało go za wykradzenie planów lokalizacji obiektów, w których odpoczywali oficerowie niemieccy z frontu wschodniego. Na podstawie tych planów lotnictwo radzieckie zbombardowało cały teren.
    Dzięki mojemu Profesorowi Aleksandrowi Drwęckiemu poznaliśmy wszyscy bohaterską historię ziemi przasnyskiej, a ja szczegóły zdarzeń z tamtych trudnych lat.

Roman Nowicki


List Profesora

Legitymacja dziennikarska

Legitymacja dziennikarska Strona 1
Legitymacja dziennikarska Strona 2

W 2004 roku otrzymałem licencję nurka, co zważywszy na mój wiek zasługuje na odnotowanie na tych stronach.

Karta pływacka


Płaywam z córką
Najpiękniejsze widoki były jak pływałem z moją córką, bo ciągnęły do niej wszystkie najwspanialsze ryby, a rafy koralowe były jeszcze bardziej kolorowe niż zwykle.

Ja jako ryba
Tak wygląda człowiek w podeszłym wieku, który udaje rybę.

Moja córka
Córka przez chwilę sama, bo ja chyba robiłem zdjęcie.

TROCHĘ NOWYCH WYZWAŃ
Krynica Zdrój 14 stycznia 2006r.

Balon z Nowickim

Lot balonem
Błękit nieba, piękne majestatyczne góry i cisza od zgiełku politycznego.

Nowicki na skuterze
Największą frajdę sprawiała jednak szalona jazda skuterem śnieżnym po bezdrożach górskich.

W poszukiwaniu adrenaliny zacząłem sobie latać w 2004r. na lotniach, mając ponad 55 lat + VAT, trochę nie z własnej woli, a w wyniku inspiracji mojej córeczki.

Nowa pasja - lotnie

Nowa pasja - lotnie

Okazuje się, że pogoń za przygodą może być trwałym schorzeniem. We wrześniu 2005 roku pofruwałem sobie na spadochronach nad Oceanem Atlantyckim i to wcale nie koniec na tym.

Latam na spadochronie

Latam na spadochronie

Latam na spadochronie

Certyfikat Ukończenia kursu komputerowego

Certyfikat ukończenia kursu komputerowego

NOWAKOWSKI O NOWICKIM

    Poniżej pozwalam sobie przedstawić w sposób zwięzły i suchy sylwetkę Romka Nowickiego, z którym od lat jestem zaprzyjaźniony i razem próbujemy nieudolnie zbawić ten świat.

Stanisław Nowakowski           

    Roman Nowicki ukończył studia na Wydziale Budownictwa Lądowego Politechniki Warszawskiej. Od 1957 roku pracuje nieprzerwanie w budownictwie. Pełnił wiele ważnych funkcji w administracji państwowej.
Od początku pracy zawodowej prowadzi intensywną działalność społeczną.
W 1956 roku był współzałożycielem pierwszej w Polsce powojennej, studenckiej spółdzielni pracy "Maniuś". Był pomysłodawcą i przez 15 lat sekretarzem organizacyjnym konkursu "Złota Wiecha", promującego nowoczesne budownictwo na wsi. Ponad 20 lat temu współorganizował w Warszawie przy ul. Bartyckiej pierwsze targi budowlane, które funkcjonują do dzisiaj.
W 1988 roku założył Spółkę "Tani Dom". W 1989 roku zorganizował "Szkołę menadżerów przez działanie" - dla młodych ludzi z małych miast i wsi. Szkoła działała przez 3 lata. W 1991roku założył Związek Bezdomnych. W latach 1993-97 poseł na Sejm RP, autor wielu ustaw (podatek VAT, pierwsze mieszkanie, kasy budowlane).Jest twórcą programów mieszkaniowych i bezkompromisowym zwolennikiem ożywienia gospodarki poprzez rozwój budownictwa. Był radnym Sejmiku Województwa Mazowieckiego. W ramach działalności charytatywnej pomógł zbudować hospicjum w Markocie. Organizuje imprezy, z których dochód jest przeznaczany na Dom Dziecka w Michalinie, PKPS w Ostrołęce i na różnego typu fundacje, pomagające chorym i potrzebującym dzieciom.
    Roman Nowicki był organizatorem pierwszego od 65 lat Kongresu Budownictwa, który odbył się w maju 2002 roku. W listopadzie 2002 roku otrzymał z rąk Prezydenta RP Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski - za działalność publiczną i społeczną oraz za wkład w rozwój budownictwa. W lutym 2003 roku, międzynarodowa kapituła przyznała mu Order Uśmiechu. Roman Nowicki, jako prezes Polskiego Komitetu Pomocy Społecznej w Ostrołęce, w sposób bezpośredni przyczynił się w 1994 roku do zakupu terenów i obiektów w których urządzono Dom dla Bezdomnych i Dom Dziennego Pobytu dla dzieci z porażeniem mózgowym. Dzięki jego staraniom zdobyto część środków finansowych potrzebnych na te cele.

    Roman Nowicki w latach 1993-1997, bezpośrednio wspierał finansowo działalność sekcji podnoszenia ciężarów w Makowie Mazowieckim oraz działalność Olimpiad Specjalnych dla Niepełnosprawnych. Pomógł również w uruchomieniu ośrodka rehabilitacji dla chorych dzieci w Przasnyszu.

    Przez wiele lat, przed Świętami Bożego Narodzenia, z własnych środków i ze środków sponsorów, przygotowywał paczki z odzieżą, żywnością i słodyczami dla biednych dzieci z niezamożnych rodzin dla samotnych, schorowanych ludzi w podeszłym wieku.

    Od 1991 roku zajmował się profesjonalną obroną dobrych, polskich przedsiębiorstw. W 1996 roku prof. Zbigniew Brzeziński wręczył Romanowi Nowickiemu za to działanie szablę wraz z odpowiednim podziękowaniem. Żywo reaguje na bieżące wydarzenia. Jest autorem kilkuset artykułów i publikacji na żywotne dla kraju i budownictwa tematy.

    W 2002 roku za działalność społeczną i zasługi dla budownictwa Roman Nowicki otrzymał z rąk Prezydenta RP Krzyż Komandorski z gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski. W 2003 r. dzieci wyróżniły Go swoim, największym odznaczeniem ORDEREM UŚMIECHU.


Roman Nowicki pełni aktualnie m.in. następujące funkcje społeczne:
  • wiceprezesa Warszawskiej Izby Samorządu Gospodarczego
  • prezesa Fundacji Bezdomnych
  • przewodniczącego Kapituły Orderu Otwartych Serc
  • przewodniczącego Kongresu Budownictwa Polskiego.

Pismo od Prezydenta Kwaśniewskiego


Pismo od Pana Goliszewskiego


Dyplom potwierdzający zostanie Członkiem Honorowym IPB


WSZYSCY JESTEŚMY WYNALAZCAMI
Wszyscy jesteśmy wynalazcami. Zwykle się mówi i pisze o tych największych, „epokowych” dokonaniach, które z dnia na dzień rewolucjonizują świat. Ale nie zawsze mamy czas i wyobraźnię, żeby uzmysłowić sobie, że tak naprawdę to my najnormalniejsi z normalnych ludzi jesteśmy w swojej masie prawdziwymi twórcami postępu. Codziennie, co minutę, w każdej sekundzie, przez całą historię ludzkości, ktoś coś poprawiał, ulepszał. Zwykle były to sprawy najprostsze z prostych, niegodne większej uwagi, ale wcześniej czy później znajdowały naśladowców i tak kroczek po kroczku szliśmy do przodu. Takie oto dziwne i napuszone refleksje naszły mnie gdy odgrzebałem w mojej osobistej prehistorii Młodego Technika z 1951 roku. Ten dwutygodnik dla młodzieży ogłaszał co i raz ogólnopolskie konkursy na „wynalazki”. Tak się złożyło, że mając 15 lat, ja mieszkaniec pipidówki jaką był wówczas Przasnysz wygrałem jedną z edycji tego konkursu. Nie ważne co było przedmiotem tych zawodów. Ważny był sukces chłopaka z prowincji.
Potem i zapewne wcześniej było wiele tego typu zdarzeń, które gdzieś utonęły w szarej codzienności, ale o kilku chciałbym jeszcze wspomnieć. Kiedyś na przykład zastanawiałem się jak zmienić budowę zegarka na ręku żeby zorientować się, która jest godzina bez zwracania uwagi naszego rozmówcy, który odwracanie ręki i spoglądanie na zegarek mógłby odczytać jako wyraz zniecierpliwienia jego towarzystwem.. Przygotowałem nawet kilka wariantów do opatentowania. Ale potem mi przeszło.
Pouczająca przygoda spotkała mnie w związku z pomysłem na bezramowe okna w budynkach inwentarskich. Kiedyś budowano kilkadziesiąt tysięcy takich obiektów rocznie a w każdym było po kilkadziesiąt okien ze stali lub z drewna i ze szkła. Wykonałem odpowiednie rysunki i obliczenia (jakość i wielkość przylgi, która zapewniała pełną szczelność okien) i całość przesłałem do zaopiniowania przez Instytut Techniki Budowlanej. W odpowiedzi między innymi napisano: „Pomysł jest tak prosty, że aż wydaje się nierzeczywisty”. Żadnych zastrzeżeń merytorycznych, przeciwnie. Było jednak jedno wielkie „ale” – kompletny brak zainteresowania zakładów produkujących okna. Jeden z producentów powiedział: „Jak pan sobie to wyobraża, 100% oszczędności drewna i stali, przecież to mi się w ogóle nie opłaca. Za kilkuprocentowe oszczędności w skali roku i drobne usprawnienia wszyscy będą dostawali premie i pochwały, a przy pana pomyśle wszystko za jednym razem diabli wezmą. A do tego, co to za przerób dla przedsiębiorstwa przy produkcji samych szyb?”. Prywatnie wyposażyliśmy kilka budynków w takie okna. Sprawowały się dobrze i na tym się skończyło, bo nikomu się wówczas nie opłacało produkować znacznie taniej.
Niezłym, jak się wydaje pomysłem był dach nad werandą na mojej działce. Mam swoje lata i ograniczona sprawność fizyczna każe myśleć jak wykonać pewne roboty, żeby umożliwić potem konserwację i konieczne naprawy. Zaprojektowałem więc i wykonałem sporych rozmiarów dach na zawiasach(!). Wystarczy odkręcić cztery śruby, żeby cały dach ustawił się pionowo, co umożliwia mycie przeźroczystych tafli pokrycia i łatwą wymianę jak zachodzi taka potrzeba.
Było też sporo zrealizowanych pomysłów innego typu: pierwsze wielkie budowlane targi komercyjne w Warszawie na ul. Bartyckiej, pierwsza prywatna Szkoła Menadżerów Przez Działanie za darmo dla młodzieży z prowincji, ogólnopolski konkurs Złota Wiecha pięknie i pożytecznie funkcjonujący przez kilkadziesiąt lat, składane w kilka dni domy mieszkalne mieszczące się na jednej ciężarówce z przyczepą (zbudowano ich kilkadziesiąt pod Warszawą), kasy budowlane dla mniej zamożnych rodzin przyjęte przez parlament i storpedowane przez polityków, były też skuteczne pomysły na zdawanie egzaminów przy zerowej nauce przedmiotu stosowane przy wysokich zakładach z kolegami o chałwę (opatentowana na giełdzie studenckiej metoda na współczucie, inna metoda na słabość fizyczną, czy w końcu na słabość do nart). Po założeniu w 1956 roku pierwszej Studenckiej Spółdzielni Pracy MANIUŚ w kilku wypadkach pomogłem zastosować twórczą interpretację obowiązujących wówczas cenników CZSP (np. w FSO na mytą szybę, która przecież ma dwie strony i w warszawskim ratuszu podczas mycia szyb, których nie było na moście Poniatowskiego).
Pisząc te wspomnienia pomyślałem sobie, że może w niedługim czasie ogłoszę w internecie konkurs na pomysły i najprostsze z prostych wynalazki dnia codziennego.

Roman Nowicki
Młody technik 1

Młody technik 2



PIERWSZA STUDENCKA SPÓŁDZIELNIA PRACY „MANIUŚ”
(w 50 rocznicę powstania)


    Po wielu staraniach udało mi się wydobyć z archiwum Polskiej Kroniki Filmowej materiał dotyczący Spółdzielni „Maniuś”. W 1956 roku wraz z grupą przyjaciół założyliśmy pierwszą w Polsce studencką spółdzielnię pracy, która dawała szanse biednym studentom na godne przeżycie okresu studiów. W skład organizatorów oprócz mnie wchodzili m.in.: Wiktor Sienkiewicz – prawdziwy geniusz biznesowy, Marian Augustynowicz, Ryszard Rządzki, Paweł Żuber. Zbudowana na dobrych rynkowych podstawach studencka spółdzielnia funkcjonuje do dzisiaj.
    W tym samym czasie założyliśmy również klub „FATA MORGANA”, któremu miałem zaszczyt prezesować i który przygotował pierwszą chyba w powojennej historii wycieczkę studentów z „demoludów” dookoła Europy. W tym celu nawiązaliśmy m.in. kontakty z Sofią Loren, z Zatopkiem oraz z dworem królowej angielskiej. Na wszystkie nasze wystąpienia o wsparcie i promocję otrzymaliśmy pozytywne odpowiedzi. Spółdzielnia „Maniuś” miała m.in. zapewnić środki finansowe na to marzycielskie przedsięwzięcie.
    Wyprawa w planowanym kształcie z różnych powodów nie doszła do skutku ale dostaliśmy zgodę na wyjazd do Francji na pracę przy zbiorach pomidorów. Szczególnie wzruszające były dowody życzliwości i wsparcia ze strony polskiego przemysłu. Wedel wyposażył nas w ogromne ilości słodyczy, a Polski Monopol Spirytusowy w kilka wielkich walizek pełnych wszelkiego rodzaju wódek, nie wyłączając spirytusu. Mieliśmy je reklamować przez spożycie, do czego przykładaliśmy się z należytą starannością.
    I na koniec kilka anegdot. Nazwa spółdzielni wzięła się od imienia naszego kolegi, który miał genialne zdolności manualne. Wszystko potrafił zreperować, a nawet jak zostawały niektóre części to i tak przykładowo zegar chodził i prawidłowo wybijał godziny.
    Z najciekawszych zleceń, które otrzymaliśmy warto wymienić mycie okien w Fabryce Samochodów Osobowych na Żeraniu i mycie Mostu Poniatowskiego. Po 50 latach można się przyznać do drobnego nadużycia. Prace, które wykonywaliśmy były rozliczane według cenników Centralnego Związku Spółdzielni Pracy (przykładowo przeprowadzki wyceniano wg ilości „ruchów” – wyniesienie mebla na klatkę – jeden ruch, zniesienie z jednego piętra – drugi ruch, zniesienie z kolejnych pięter – kolejne ruchy, doniesienie do samochodu – kolejny ruch, załadowanie – kolejny ruch, itd. Po zsumowaniu wszystkich „ruchów” mnożyło się je przez stawkę i była gotowa cena do rachunku). W tymże cenniku była podana cena mycia m² okna – z założeniem niepisanym, ale oczywistym, że dotyczy ona mycia dwustronnego. Po umyciu okien w halach produkcyjnych na Żeraniu pomnożyliśmy cenę przez 2, a księgowy dał się przekonać, że taka była intencja twórców cennika.
    Najlepiej zarabialiśmy jednak na trzepaniu dywanów i opiece nad dziećmi.
Oddzielna historia jest związana z myciem Mostu Poniatowskiego. Nasz lider biznesowy Wicio Sienkiewicz ciężko się zakochał w Ali i gwałtownie potrzebowaliśmy pieniędzy na ich ślub. Wybraliśmy się więc do ówczesnych władz Warszawy z informacją, że nie przystoi żeby stolica Polski miała tak brudny most i że gotowi jesteśmy go szybko umyć. Wszystkich zamurowało. Po chwilowym zdumieniu jakiś dobry człowiek, chociaż urzędnik, przystał jednak na nasze propozycje i tak pierwszy i chyba ostatni raz studenci umyli warszawski most. Z tym wiąże się jeszcze jedna anegdota. Szybki w wieżyczkach myliśmy wisząc po zewnętrznej stronie na linach. Praca była ciężka bo część z okien była tak „skorodowana”, że nie było możliwości umycia ich do czysta. Na szczęście część szybek była wybita, a więc i pracy było mniej. W trakcie robót odbywał się częściowy odbiór naszej pracy. Urzędnik ratusza średnio ocenił wyniki mycia szyb wskazując, że są jednak miejsca w których umyliśmy idealnie – i tu wskazał na okna, w których szyby były po prostu wybite. Ocena była dokonywana z odległości kilku metrów, a do tego biedak miał pewnie słaby wzrok. Nie chcę przez to powiedzieć, że po tej kontroli sami wybiliśmy część szyb, których nie udawało się żadnymi sposobami doszorować.
    Na filmie PKF ten facet z bujna czupryną to ja, a podłogę cyklinują Witek i Ala Sienkiewiczowie oraz Marian Augustyniak. Dziecko bawię też ja.

Roman Nowicki

Pobierz film o pierwszej Studenckiej Spółdzielni Pracy "MANIUŚ"


BYŁEM MINISTREM PRZEZ DWIE NOCE

    Pierwszy raz w 1986 roku. Pewnego dnia około południa zadzwonił do mnie zaprzyjaźniony wysoki urzędnik państwowy i powiedział mniej więcej tak: „jesteś ministrem budownictwa, na razie nikomu nic o tym nie mów, jutro dowiesz się o tym oficjalnie”.
Wiadomość kompletnie mnie zaskoczyła, ale pochodziła z takiego źródła, że nie mogła budzić żadnej wątpliwości. Zrobiłem to, co zapewne zrobiłaby większość w takiej sytuacji. Pojechałem do domu, poprosiłem o otwarcie barku i przy kieliszku dobrej wódki zwierzyłem się żonie. Całe dorosłe życie zajmowałem się sprawami mieszkaniowymi, ale nie było moim marzeniem być ministrem, więc biesiadowaliśmy z pewnym umiarem i zdziwieniem. Na drugi dzień rozdzwoniły się telefony od zaprzyjaźnionego, wysokiego urzędnika. Kiedy mnie w końcu złapał zapytał: Romek czy powiedziałeś komuś, że jesteś ministrem. Odpowiedziałem, że tylko żonie. Usłyszałem w słuchawce: „to dobrze, nie mów nikomu więcej, bo już nie jesteś”. Od tego czasu sporadycznie spotykałem się z byłym premierem Zbigniewem Messnerem, ale dopiero po 20 latach od tamtego zdarzenia zapytałem, czy to prawda i co takiego tej nocy się wydarzyło. Odpowiedź zachowam na razie dla siebie.

    Drugi raz było to w 1993 roku, kiedy rząd tworzył Waldemar Pawlak. Od kilku dni media podawały, że jedynym kandydatem na ministra budownictwa jestem właśnie ja. Nie było to celem mojego życia, więc i teraz przyjmowałem informacje na ten temat nad wyraz spokojnie. Premier Pawlak przeprowadzał rozmowy ze wszystkimi kandydatami do nowego rządu. Przyszła moja kolej. Z duszą na ramieniu pojawiłem się przed obliczem Pana Premiera. Tej rozmowy nigdy nie zapomnę. Przedstawiałem program mieszkaniowy ze dwadzieścia minut siedząc naprzeciwko premiera, a on kamienna twarz i nic. Nawet okiem nie mrugnął. Żadnej aprobaty, żadnej krytyki, żadnej reakcji. Czułem jak tracę pewność siebie. Postanowiłem się ratować. Wbrew oczywistym i widocznym faktom prawie wykrzyknąłem: „o widzę, że jak mówię o biedzie mieszkaniowej i programie zapewnienia dachu nad głową młodym rodzinom, to pan premier bardzo życzliwie reaguje” Myślałem, że to zmusi do jakiejś ludzkiej reakcji. Gdzie tam! Premier nie wykonując żadnego ruchu spuścił oczy i kontrolnie popatrzył na siebie i na swoje ręce jakby zastanawiając się, czym ja temu facetowi dałem powód do wyciągania takich wniosków. I to wszystko. Premier odprowadził mnie do sekretariatu, podziękował za spotkanie i wrócił do gabinetu. Na pytanie sekretarki odpowiedziałem, że moim zdaniem wypadłem zdecydowanie źle, o czym moim zdaniem świadczyło zachowanie (milczenie) Premiera w trakcie przesłuchania. Miła pani odparła z uśmiechem, że przeciwnie, Premier po prostu ma taki styl. Proszę pana – mówiła, jeżeli prezentacja wypada negatywnie delikwent sam wychodzi z gabinetu, jeżeli jest nieźle Premier żegna go w drzwiach, a w przypadku bardzo dobrej oceny jest odprowadzany i żegnany w sekretariacie. Gratuluję panu. Wieczorem główny dziennik podał przypuszczalny skład rządu, w którym wymieniono moje nazwisko. Rano znowu wszystko wróciło do normy.

Roman Nowicki
Byłem ministrem 1

Byłem ministrem 2

Byłem ministrem 3

Byłem ministrem 4



PIERWSZE W POLSCE TARGI
MYŚLI TECHNICZNEJ DLA INDYWIDUALNEGO
BUDOWNICTWA MIESZKANIOWEGO


W 1986 roku zaproponowałem zorganizowanie w pełni rynkowych targów budowlanych w Warszawie przy ul. Bartyckiej 26. Na tym terenie funkcjonowała już wcześniej Stała Wystawa Budownictwa, ale służyła raczej jako tło do różnego typu szkoleń i narad kadry kierowniczej budownictwa. Pomysł z targami spotkał się początkowo z ostrą krytyką „aparatu partyjnego” i administracji budowlanej.
W dobie tragicznych braków materiałowych targi wydawały się prowokacją dla zdrowego rozsądku. Zmieniłem więc nazwę na „targi myśli technicznej dla indywidualnego budownictwa mieszkaniowego” i tak impreza zyskała akceptację stosownych czynników. Targi funkcjonowały przez kilka lat. Waliły na nie tłumy Warszawiaków i nie tylko. W drugim, czy trzecim roku Pierwszy Sekretarz Partii Wojciech Jaruzelski przywiózł na nie całe biuro polityczne. To się dopiero działo. Poniżej folder pierwszych targów.

Folder z Targów 1

Folder z Targów 2

Folder z Targów 3

Folder z Targów 4



Logo BCC

    Kilkanaście lat działam w BCC. Jest to zaszczyt i wyróżnienie. BCC bardzo dobrze reprezentuje interesy stowarzyszonych przedsiębiorstw i przedsiębiorców, ale również realnie wpływa na modernizację państwa, demokratyzację życia publicznego i rozwój gospodarczy. Wielkim wkładem w przyspieszenie przemian społeczno gospodarczych było stworzenie FORUM DIALOGU. Ten doniosły akt został podpisany 27.10.96r. w Łazienkach Królewskich (Pałac na Wodzie). W ramach Forum przygotowałem projekt Programy Rozwoju Budownictwa Mieszkaniowego, który po wyczerpujących dyskusjach został przyjęty w tym doborowym i niezwykle pluralistycznym towarzystwie. Pomimo obietnic ówczesnego premiera podzielił on niestety los wszystkich innych programów mieszkaniowych i znalazł się w rządowym koszu.

BCC 1

BCC 2

BCC 3


ŚMIERĆ OJCA
Niedawno zmarł Aleksander Drwęcki, mój nauczyciel ze szkoły podstawowej, kronikarz męczeństwa ziemi przasnyskiej, człowiek wielkiego serca. Miałem okazję i zaszczyt pomagać Mu sponsorując część wydawnictw poświęconych okupacji hitlerowskiej i zsyłkom na sybir. Najwięcej jednak jestem wdzięczny za odkrycie prawdy o moim Ojcu. Tuż po wojnie mama zabrała mnie, dziesięcioletniego chłopaka, na poszukiwanie ojca w zbiorowych mogiłach pod Ostródą. Do dzisiaj śni mi się ten koszmar. Fetor gnijących ciał, ludzie z łopatami odkrywający coraz to nowe fragmenty nieskończonych rowów pełnych trupów i ja trzymający kurczowo matkę bliską szaleństwa. Z każdym nierozpoznanym ciałem rosła nadzieja, że może Ojciec żyje. I nagle świat się zawalił. Jest Ojciec z rękami i nogami związanymi drutem kolczastym i z dziurą od kuli z tyłu głowy. Na długie lata wymazałem ten fragment życia z pamięci.
I nagle, po prawie 50 latach, Drwęcki swoją benedyktyńską pracą odkrył mi Ojca, jego legendę. Był oficerem wywiadu AK ps. Rudy. Został aresztowany m.in. za wykradzenia planów ośrodka, w którym odpoczywali niemieccy oficerowie z frontu wschodniego. Ośrodek został zbombardowany. W trakcie konwoju do Ostródy wielu Polaków uciekło. Ojciec zamiast uciekać wziął rannego kolegę na plecy i próbował uciekać razem z nim. Nie dało rady, ponownie został pojmany i rozstrzelany. Dziękuję Ci Aleksandrze za radość i dumę, którą mi podarowałeś tą historią mojego Ojca.
Roman Nowicki

Śmierć ojca 1
Śmierć ojca 2