Logo Tygodnik Regionalny
Artykuł Uwaga, wybory samorządowe



Logo Forbes
Forbes 1
Forbes 2
Forbes 3
Forbes 4



Logo Tygodnika Regionalnego
Artykuł Wola Karczewska na dobrej drodze



UCHWAŁA ZEBRANIA WIEJSKIEGO
Wola Karczewska 13 grudnia 2009

W uznaniu zasług Pana Romana Nowickiego, który od wielu lat bezinteresownie i społecznie pomaga rozwiązywać żywotne problemy naszej wsi (ochrona rzeki Świder, budowa jedynej drogi przez wieś, przygotowanie warunków do kończenia budowy domu kultury, starania o nowe przystanki autobusowe i tablice ogłoszeniowe, prowadzenie od czterech lat stałej galerii fotograficznej itp.) Rada Sołecka wnioskuje o nadanie Romanowi Nowickiemu tytułu:

HONOROWEGO SOŁTYSA
WOLI KARCZEWSKIEJ


Mieszkańcy Woli Karczewskiej zgromadzeni na zebraniu wiejskim w dniu 13 grudnia 2009 przedłużają jednocześnie upoważnienie dla Romana Nowickiego do reprezentowania interesów wiejskich wobec władz gminnych i powiatowych w zakresie uzgodnionym z Sołtysem.

(ZEBRANIE AKCEPTOWAŁO JEDNOMYŚLNIE)

Linia Otwocka
Wieś z dwoma sołtysami


Logo Tygodnik Regionalny
Artykuł Śmieci nas zalewają


Logo Tygodnik Regionalny
Artykuł Drogowcy robią z gęby cholewę


Logo Trybuna
Artykuł W siną dal


Logo Trybuna
Artykuł Winny jest rząd


Artykuł  Wyraźnie i ostro


Logo Gazeta
Artykuł Rząd skąpi


Logo Trybuna
Artykuł Polska bezdomna


W doborowym towarzystwie


Tytuł rysunkowy

OBRONA POLSKICH PRZEDSIĘBIORSTW
-CZYLI WALKA Z WIATRAKAMI

Początek lat 90-tych ubiegłego wieku.
W pierwszych latach naszej transformacji ustrojowej Fundacja Bezdomnych i Izba Przemysłowo – Handlowa Producentów i Sprzedawców dla Budownictwa zajęły się profesjonalnie obroną dobrego, polskiego przemysłu budowlanego. Na fali euforii, jaka wówczas ogarnęła kraj mało kto dostrzegał, że zalewa nas nieuczciwa konkurencja gigantów przemysłowych z zachodu. Dumping cenowy skutecznie doprowadzał do bankructwa nawet najlepsze polskie zakłady. Rządzący nie zdawali sobie najczęściej sprawy ze skali zagrożeń i nie potrafili stworzyć równych warunków do konkurencji na rynku polskim. Do tego wszystkiego producenci zachodni dysponowali ogromnymi środkami finansowymi na reklamę i marketing, a firmy polskie nie ze swojej winy ledwie wiązały koniec z końcem. Nic dziwnego, że bankructwa nawet najlepszych stały się chlebem powszednim.
Te paradoksy i zwykłe nadużycia chcieliśmy pokazywać na przykładzie konkretnych przedsiębiorstw. Najlepsze otrzymywały specyficzny znak jakości, pomoc w reklamie swoich wyrobów i były prezentowane na częstych konferencjach prasowych. Niestety robiliśmy to bez żadnej pomocy Państwa. Na konferencje prasowe zawsze szukaliśmy jakiegoś dowcipu, anegdoty czegoś prostego, co wbrew panującej modzie trafi do wyobraźni zgromadzonych dziennikarzy. Jeden przykład - Fabryka Naczyń Emaliowanych w Olkuszu. Wspaniały, znany w Europie i na świecie zakład zatrudniający połowę mieszkańców miasta. Przed konferencją prasową poprosiłem dyrektora o prosty przykład dlaczego jesteśmy skazani na przegraną. Opowiedział mi następującą historię: „w okresie koniunktury wybudowaliśmy stadion piłkarski dla mieszkańców. Kiedy przyszedł kapitalizm zwróciliśmy się do wojewody z propozycją przekazania obiektu. Otrzymaliśmy odpowiedź, że nie ma pieniędzy i musimy dalej konserwować i utrzymywać stadion. Jednym słowem kupując naszą wannę kupuje pan jednocześnie kawałek stadionu. Zwróciliśmy się też do Ministerstwa Obrony Narodowej, żeby dał zlecenie na produkcję zbrojeniową w specjalnie wybudowanych halach na ten cel, lub je zabrał sobie. Odpowiedź przyszła podobna, zleceń nie będzie, hale musimy konserwować i utrzymywać, bo tego wymaga racja stanu. I tak kupując naszą wannę kupuje pan dodatkowo granat. Jak w tych warunkach można konkurować z wanną włoską (gorszą od polskiej), która jest pozbawiona tych obciążeń, a jednocześnie rząd włoski dał swoim zakładom specjalne ulgi podatkowe za eksport?” A więc przegrywali również najlepsi na skutek indolencji rządzących.

Wycinek 1

Wycinek 2

Wycinek 3

List do Wałęsy



800 lecie ceramiki



Wola Karczewska - mała, zaniedbana wieś w powiecie otwockim. Bywam tam kilka razy w roku. Roboty przy jedynej drodze przez wieś przerwano w połowie 20 lat temu. Dzięsięć lat temu rozpoczęto budowę Domu Kultury i też zaniechano. Poza błędami władz wszystkich szczebli ogólna niewiara w sens działania. Przez kilka ostatnich lat staraliśmy się coś z tym zrobić. Uruchomiłem stałą galerię fotograłiczną z codziennego życia wsi. Po wielkich walkach udało się zdobyć środki finansowe na kończenie drogi. Dom Kultury prawie zdobył wlaściciela co umożliwi jego kończenie. Wieś zaczyna wspólnie działać na rzecz lepszej przyszłości i uwierzyła, że są szanse na wyrwanie się z marazmu.

 

ZGODA BUDUJE

Wiele wskazuje, że zła passa Woli Karczewskiej została ostatecznie przełamana. W ubiegłym roku, po wieloletnich, zgodnych i profesjonalnych staraniach Zarząd Dróg Powiatowych mógł przystąpić nareszcie do kończenia jedynej drogi przez wieś. Dzięki składkowej pomocy gminy i powiatu roboty będą kontynuowane również w roku bieżącym. Nakłady w wysokości 160 tysięcy złotych pozwolą na poważne zaawansowanie prac. Jeszcze rok, dwa i droga zostanie zakończona. Mieszkańcy odetchną z ulgą i będą mogli nareszcie otwierać okna bez obawy, że uduszą się w kurzu.

Jak się wydaje nastąpił również przełom w budowie Domu Kultury w Woli Karczewskiej. Początkowo budowała go cała wieś przy pomocy gminy. Piękny zbiorowy wysiłek i nagle jakby piorun strzelił. Skończył się patronat samorządu, na budowie zapanowała na wiele długich lat martwa cisza. Obiekt niszczał przy wydatnej pomocy przyjezdnych wandali, którzy korzystali, że budynek nie miał gospodarza, głównie za sprawą bałaganu w dokumentach i urzędniczej indolencji. Gmina słusznie mówiła, że nie może inwestować w obiekt, którego nie jest właścicielem, a w powiecie nie można było znaleźć papierów dokumentujących własność gruntów przed 1958 rokiem., W końcu mieszkańcy Woli Karczewskiej postanowili przerwać ten zaklęty krąg. Postawili jednak gminie kilka warunków – zostanie potwierdzone na piśmie, że po przejęciu nie zostanie zmienione pierwotne przeznaczeni obiektu (dom kultury) i że całość nieruchomości nie zostanie sprzedana prywatnemu nabywcy. Pod projektem porozumienia podpisało się prawie 100 mieszkańców wsi. Finał nastąpił 17 czerwca w Woli Karczewskiej, kiedy to Wójt Marek Jędrzejczak na oczach całej wsi podpisał ostatecznie porozumienia. Wójt obiecał, że jak powiat i województwo załatwią szybko formalności to w przyszłym roku budowa ruszy z kopyta. Ceremonii towarzyszył plakat z napisem „Tu jest ściernisko, ale wkrótce będzie San Francisco” (z piosenki Golec uOrkiestra). Warto dodać, że współpraca przy przygotowywaniu potrzebnych dokumentów byłą wzorcowa, za co wójt otrzymał liczne podziękowania.

Roman Nowicki

WIEŚ UWIERZYŁA
Wola Karczewska

17 CZERWCA 2009 PODPISANIE POROZUMIENIA Z GMINĄ
Wola Karczewska 1

Wola Karczewska 2

Wola Karczewska 3

Wola Karczewska 4

STAŁA GALERIA FOTOGRAFICZNA
Wola Karczewska 5

Wola Karczewska 6



Wywiad w Tygodniku 1
Wywiad w Tygodniku 2


Artykuł z Trybuny


Złe wieści- artykuł z GW


Przez auta szybę


Artykuł "Z siebie się śmiejecie"


Artykuł z Trybuny Korkociąg głupoty


Artykuł z Trybuny Prywata wygrywa


Artykuł z Trybuny- Wandale


Artykuł z Trybuny- Wandale


Co ma piernik do wiatraka


Artykuł w Tygodniku


Artykuł z Trybuny


Artykuł


Wywiad z Romanem Nowickim


Artykuł z Trybuny- Wyniszczający monopol


Kto za to odpowie?


Artykuł "Kto odpowie"


ODZNACZENIA KONFEDERATKĄ

Dyplom KPP

Dyplom KPP

Zdjęcie zbiorowe z KPP
ODZNACZENI W TOWARZYSTWIE WICEPREMIERA WALDEMARA PAWLAKA I PREZYDENTA KPP ANDRZEJA MALINOWSKIEGO

Premier w KPP
WICEPREMIER W. PAWLAK WRECZA KONFEDERATKĘ R. NOWICKIEMU

Laureaci nagrody „Konfederatka – Przyjaciel Pracodawcy 2007”:

    1.    Jerzy Hausner (kategoria: gospodarka)

za odwagę przeprowadzania reform oraz niepolityczne patrzenie na polskie problemy społeczne i gospodarcze. Za szacunek dla partnerów dialogu trójstronnego, umiejętne pozyskiwanie sojuszników dla swoich nowatorskich koncepcji. Za takt, umiar i uznanie dla odmiennych poglądów.

    2    Roman Nowicki (kategoria: gospodarka)

za to, że jest dobrym duchem budownictwa mieszkaniowego w Polsce i od wielu lat upomina się o nadanie tej gałęzi gospodarki odpowiedniej rangi. W podziękowaniu za to, że potrafi nie oszczędzać gorzkich słów politycznym decydentom, wówczas gdy w grę wchodzi dobro gospodarki.

    3.    Mirosław Cielemęcki (kategoria: media)

za cotygodniowe popularyzowanie problematyki gospodarczej i wyjaśnianie jej meandrów, za dziennikarską rzetelność oraz warsztatowy profesjonalizm – tak rzadki dziś w tym zawodzie oraz za promowanie wolnego rynku i wartości konstytuujących polską przedsiębiorczość.

    4.    Paweł Adamowicz (kategoria: samorządy terytorialne)

za budowanie przyszłości Gdańska w oparciu o jego historię. Za codzienne udowadnianie, iż to samorządność jest podstawą mocy i trwałości Rzeczypospolitej. Za pracę u podstaw, będącą wzorem godnym naśladowania.

    5.    Jan Guz (kategoria: związki zawodowe)

za troskę o poszanowanie zasad dialogu społecznego i kierowanie się zasadą nadrzędności interesów całego społeczeństwa nad partykularnymi interesami poszczególnych jego grup. Za umiar, ekonomiczny rozsądek i zrozumienie fundamentalnych praw wolnego rynku.

    6.    Wiesław Siewierski (kategoria: związki zawodowe)

za troskę o poszanowanie zasad dialogu społecznego i kierowanie się zasadą nadrzędności interesów całego społeczeństwa nad partykularnymi interesami poszczególnych jego grup. Za umiar, ekonomiczny rozsądek i zrozumienie fundamentalnych praw wolnego rynku.

    7.    Zbigniew Kruszyński (kategoria: związki zawodowe)

za troskę o poszanowanie zasad dialogu społecznego i kierowanie się zasadą nadrzędności interesów całego społeczeństwa nad partykularnymi interesami poszczególnych jego grup. Za umiar, ekonomiczny rozsądek i zrozumienie fundamentalnych praw wolnego rynku.

    8.    Michał Kleiber (kategoria: instytucje naukowe)

za twórczy wkład w budowę podstaw polskiej gospodarki opartej na wiedzy oraz niestrudzone popularyzowanie wartości oraz idei służących rozwojowi polskiej myśli naukowej i modernizacji gospodarki.


Artykuł z Trybuny



Wspomnienie wiecu



Artykuł z Woli Karczewskiej 1

Artykuł z Woli Karczewskiej 2


IPB 1

IPB 2


Po 30 latach publikujemy fragment stenogramu z posiedzenia rządu w 1976 roku pod przewodnictwem Piotra Jaroszewicza na temat opracowania Romana Nowickiego o budownictwie indywidualnym na wsi. Dopiski i podkreślenia – R. N. Tekst sam w sobie jest kuriozalny.

Stenogram z Posiedzenia rządu w 1976 r.

Stenogram z Posiedzenia rządu w 1976 r.

Stenogram z Posiedzenia rządu w 1976 r.

Stenogram z Posiedzenia rządu w 1976 r.


POLACY PRZECIWKO POLAKOM?

    Ze zdziwieniem przeczytałem artykuł Pana Piotra Ciszewskiego „Antyspołeczna dyrektywa”, który w całości dotyczy problematyki liberalizacji rynku usług przez państwa członkowskie UE. Żeby w krótkich słowach wyjaśnić skąd to moje zdziwienie chciałbym przypomnieć przynajmniej dwa fakty świadczące o tym, że nigdy w ostatnich latach nie było wspólnoty interesów związków zawodowych bogatych krajów europejskich i nowych kandydatów i członków Unii Europejskiej. Wystarczy przypomnieć powszechnie znaną umowę polsko-niemiecką z 1990 roku o pracy polskich fachowców budowlanych w Niemczech. Pomimo, że umowa określała w każdym roku kontyngenty polskich robotników to niemieckie związki zawodowe robiły wszystko, co możliwe żeby umowę zablokować lub storpedować. Kolejne rządy niemieckie ze względów politycznych ulegały tym naciskom mnożąc restrykcje do granic absurdu (skomplikowany tryb uzyskiwania pozwoleń na pracę, wysokie stawki opłat, słynne brygady „FKS – Zoll”, zakaz realizacji inwestycji przez polskie firmy w „generalnym wykonawstwie”, zakaz pracy polskich fachowców w landach o wysokim bezrobociu, itp., itd.) Wszystkie te restrykcje były niezgodne z duchem umowy polsko-niemieckiej, ale funkcjonują do dzisiaj pod przemożnym wpływem lobby związkowego.
    Kilka słów na temat „brygad”. Jest to niezwykle brutalna „policja”, uzbrojona, z psami, pilnująca legalności zatrudnienia i porządku formalno-prawnego na budowach, na których pracują polscy robotnicy. Restrykcyjność tej formacji jeszcze się wzmogła po przekształceniach w połowie 2004r. i podporządkowaniu niemieckiemu ministrowi finansów. Wśród tych negatywnych decyzji służbom celnym przyznano status quasi-prokuratora, dzięki któremu mogą one oskarżać o przestępstwa karne z tytułu zaniżania płac i nieprawidłowego oskładkowania (przedtem były to wykroczenia administracyjne). „FKS – Zoll” bardzo często działa metodą faktów dokonanych, mnożąc oskarżenia o przestępstwa socjalno-podatkowe i o szmugiel pracowników, żeby zdobyć dla niemieckiego budżetu kwotę 1 mld EURO (zapisaną w budżecie z góry po stronie dochodów). Zupełnie kuriozum stanowi wykorzystywanie okolicznej ludności i „obserwatorów” do wypełniania specjalnych formularzy donosów.
    Wszystkie te działania swój początek mają w ochronie niemieckiego rynku pracy i postulatach niemieckich związków zawodowych.
    Znany jest powszechnie w Europie przykład estońskiego przedsiębiorstwa usługowego, które założyło swoją filię w Szwecji i prowadziło usługi w oparciu o ceny kraju macierzystego. Szwedzkie związki zawodowe doprowadziły w krótkim czasie do bankructwa estońskiego przedsiębiorstwa domagając się płac dla robotników estońskich na poziomie szwedzkim. Trzeba w tym miejscu dodać, że zarówno polskie firmy w Niemczech, jak również estońska firma w Szwecji otrzymywały zlecenia znacznie tańsze niż przeciętne na tych rynkach, ale wymagano, żeby płace były porównywalne z robotnikami miejscowymi.
    Zupełnie na marginesie chcę przypomnieć, że sporo emocji budziło swojego czasu otwarcie rynku towarów. Ale nikomu nie przyszło przecież do głowy, żeby w przepisach unijnych domagać się zrównania cen towarów importowanych z cenami towarów wytwarzanych na rynkach wewnętrznych. Tymczasem taki absurd próbuje się wprowadzić w eksporcie usług.
    Dyrektywa usługowa nie rozwiązuje wszystkich problemów, a nawet ich znaczącej części, ale z punktu widzenia interesów nowych krajów, które przystąpiły do UE mogła stanowić istotny postęp. Z naszego punktu widzenia można powiedzieć, że większe problemy dla polskich robotników stwarza istniejąca już od dłuższego czasu Dyrektywa nr 96, która dotyczy m.in. BHP, urlopów, minimalnej płacy, itp.
    Polscy związkowcy demonstrujący w Strasburgu zostali wprowadzeni w błąd. Wygląda to wszystko tak, jakby delegacje Solidarności i OPZZ poparły na terenie Niemiec demonstrację w sprawie zaostrzenia restrykcyjnej polityki przeciwko polskim robotnikom. Artykuł Pana Piotra Ciszewskiego nie przysłużył się dobrze zrozumieniu tych spraw. Rządy Francji i Niemiec już dzisiaj dają wyraz zadowolenia z pomocy polskich związków zawodowych.
    Zachęcam do przeczytania stanowiska i kilku ekspertyz w tych sprawach zamieszczonych na stronach www.kongresbudownictwa.pl.

Roman Nowicki


Artykuł z Pulsu Biznesu z 21.03


Artykuł z Pulsu Biznesu z 29.03


maj 2005r.

WSPOMNIENIA Z TAMTYCH SZALONYCH LAT

    Kto by pomyślał, że ten ciągle młody, wspaniały wydział budownictwa lądowego Politechniki Warszawskiej ma już dziewięćdziesiąt lat.
    Studia na Wydziale rozpocząłem w 1956 roku, a więc 49 lat temu. Z tej perspektywy wszystko dzisiaj wygląda pięknie, zacierają się konflikty i problemy, a najgorsi profesorowie przypominają starych dobrych przyjaciół, a wszystkie bez wyjątku koleżanki były wówczas piękne i ponętne jak Jennifer Lopez.
    Kilka wspomnień i anegdot, które mogą ubarwić ten świetny jubileusz.
    Rozpoczynając studia zamieszkałem wraz z kolegami w akademiku przy Placu Narutowicza. Jak czas pokazał niezła to była paczka – kilku z nas zostało znanymi przedsiębiorcami, członkami władz samorządowych Warszawy, średniej klasy politykami (poseł), działaczami społecznymi, a jeden nawet został profesorem i szefem ważnego instytutu.
    Ale o tym w 1956 roku nikt nie myślał. Mieszkaliśmy początkowo na ósmym piętrze z oknami wychodzącymi na „studnię” (akademik przy Narutowicza stanowią wysokie budynki usytuowane na obrysie kwadratu – w środku jest wspomniana „studnia”). Mój przyjaciel Witek S. przez rok waletował w pawlaczu będąc nadkompletem w naszym siedmioosobowym pokoju.
    Byliśmy pełni marzeń o lepszym świecie, czas zajmowały randki i uganianie się za dziewczynami, a tylko w stosunkowo niewielkim stopniu nauka, i to z wyraźną niechęcią (poza przyszłym profesorem).
    Stałym elementem głupich dowcipów studenckich było rzucanie w nocy butelek wypełnionych wodą do studni. Towarzyszył temu potworny huk spotęgowany przez wielokrotne echo. W kilkuset oknach natychmiast zapalało się światło, a rozbudzeni studenci w niewybrednych słowach krzyczeli, co takiemu ... zrobią, jak go złapią i wyraźnie domagali się krwi. Potem powolutku światła gasły. Narastała absolutna cisza, aż do momentu kiedy ktoś nie wrzucił kolejnej butelki. I znowu rozpętywało się piekło i tak aż do rana. Nic nie pomagały apele, nie miały sukcesu specjalne trójki aktywistów młodzieżowych, które całe noce siedziały w oknach celem wyśledzenia sprawców. Zwyrodnialców nie dawało się złapać aż do momentu kiedy myśl stania się bohaterem jednej chwili dopadła mnie. Miałem raczej niskie mniemanie o sobie i tym bardziej podziwiałem odwagę tych, którzy podejmowali to wielkie i najgłupsze z możliwych wyzwań. Aż którejś nocy poczułem, że nadszedł mój czas i bez dramatycznego obudzenia wszystkich kolegów nie da się po prostu żyć. O trzeciej nad ranem rzuciłem swoją jedyną butelkę. Wybuch był niebywały. Wszystkie okna zajaśniały. Nigdy już potem nie słyszałem tylu wyzwisk jednocześnie i nie widziałem tylu gestów potępienia. Moja mroczna radość była krótka, bowiem spośród tych 100 czy 200, którzy rzucali butelki od wielu miesięcy to właśnie mnie złapano. Na sądzie koleżeńskim mówiłem coś o Makarence i że jak zostanę wyrzucony to mogę się stoczyć i co wtedy będzie? Dano mi karę z zawieszeniem i nigdy już nie doświadczyłem tego pięknego uczucia rzucania butelki z wodą w „studnię” akademika przy pl. Narutowicza w Warszawie.
    Druga anegdota dotyczy Prof. Pieślewicza, który wykładał geometrię wykreślną. Jeżeli ktoś zasłużył sobie na miano postrachu studentów wszechczasów to chyba właśnie Pan Profesor. Groźna w każdym calu postura, wielka burza rozczochranych włosów i krzaczastych brwi, najgroźniejsze z groźnych spojrzeń, brak jednej nogi i posługiwanie się głośne i demonstracyjne kulą, tubalny głos i zdecydowane upodobanie do stawiania dwój i pał składało się na obraz Profesora wyrobiony przez naszą imaginację i potworne opowiadania nosicieli tychże pał i dwój!
    Już wejście Profesora na katedrę w auli maximum było zapowiedzią dramatu i uzmysławiało naszą bezdenną nicość. Profesor podchodził do katedry w sposób zdecydowany i głośny, z głuchym łomotem i demonstracyjnie walił kikutem nogi o katedrę, a potem posługując się kulą rozpoczynał wykład. Ze strachu mało kto pamiętał, co mówił.
    Przed egzaminami koledzy wpadli na pomysł najgłupszego z możliwych zakładów. Założyli się mianowicie ze mną o dużą ilość słodyczy, czy zdam jeżeli przez dwa ostatnie tygodnie nie będę się uczył – co oni będą nieustannie pilnowali, żebym nawet nie zerknął do notatek lub książki. Pomyślałem, że i tak i tak nie mam żadnych szans więc zakład przyjąłem.
    W dniu egzaminu wymyśliłem niegodny podstęp. Najpierw odczekałem na giełdzie do czasu, kiedy dziewięciu nieboraków wypadło z hukiem mając oczywiście dwóje, a częściowo pały. I wtedy wszedłem. Profesor był kłębkiem rozpaczy i jeszcze bardziej groźny niż zwykle. Nim powiedział cokolwiek uprzedziłem Go: „Wyobrażam sobie jak Pan musi to przeżywać stawiając tyle ocen niedostatecznych. Może ja przyjdę za chwilę, a Pan Profesor odpocznie?”. Profesor spojrzał na mnie z wyraźnym zdumieniem i powiedział: „Pierwszy raz od dawna ktoś po ludzku zareagował na to, co się dzieje. Ci idioci myślą, że sprawia mi przyjemność stawianie dwój. Dziękuję, że Pan dostrzegł ile zdrowia mnie to wszystko kosztuje. Tam leżą kartki z zadaniami (leżało ok. 60 zadań) niech Pan sobie wybierze co chce a ja trochę odpocznę”. Uczciwie muszę powiedzieć, że dwa razy sprawdzałem wszystkie, aż z trudem znalazłem pytania, na które mogłem cokolwiek odpowiedzieć. Po jakimś czasie Profesor sprawdził i powiedział mniej więcej tak: „O widzę, że na Panu się nie zawiodłem, mogę postawić 3+ ale proponuję Panu, że zadam jeszcze jedno proste pytanie i wtedy z przekonaniem postawię Panu 4”. Wiedziałem, że nie odpowiem już w tym momencie nawet na pytanie, kiedy się urodziłem, wic poprosiłem, żeby zostało tak jak jest. Ta przygoda uzmysłowiła mi, że pod zewnętrzną, groźną powłoką, kryło się w Profesorze wielkie serce i dobroć, której nie dawaliśmy szans na promieniowanie pełnym blaskiem.
    Anegdota z innej beczki. W 1956 roku cała Politechnika kipiała od rewolucyjnych nastrojów. Studenci byli kochani przez wszystkich, a szczególnie przez klasę robotniczą FSO na Żeraniu, bo nieśli ze sobą młodość, czystość intencji, spontaniczność, i stanowili szansę na sukces rewolucji rodzącej się w sercach, głowach i czynach. Przywódcą robotników na Żeraniu był legendarny Goździk. Na Politechnice Warszawskiej działało wówczas kilkadziesiąt komitetów rewolucyjnych o różnych orientacjach politycznych i różnych wpływach (małych, dużych i nijakich). Byłem szefem jednego z nich z całkowitą wiarą, że ja i moi koledzy zbawimy świat. Dnie i noce wypełniały dyskusje i zażarte spory o świetlaną przyszłość. Dużo alkoholu, atmosfera gęsta również od dymu papierosów i ostre dążenie do wolnych wyborów z hasłem „Tymanowski i Lasota do Sejmu”. Nastał czas wielkiego października, demonstracji ulicznych, wiecznych utarczek z milicją i niezwykłych, wymyślnych inwektyw rzucanych ze wszystkich możliwych okien na placu Politechniki w kierunku ponurych formacji ZOMO otaczających studentów.
    Do dzisiaj pamiętam prezent w postaci łusek od kul, który przywiozła do mojego komitetu rewolucyjnego delegacja z walczącego Budapesztu. Pamiętam również opowiadanie uciekiniera z łagrów syberyjskich, któremu pijany żołdak obciął piłą do ścinania drzew nogę za zbyt wolną pracę.
    W październiku 1956 roku byłem w auli Politechniki Warszawskiej na słynnym wiecu – na którym miał przemawiać właśnie legendarny Goździk – niezwykły trybun ludowy. Kilkadziesiąt tysięcy studentów na galeriach, krużgankach i wokół Politechniki chcących jednocześnie wykrzyczeć swój protest przeciwko władzom i ustrojowi. Zdawało się, że wystarczy mała iskierka, żeby ta rozpacz rozlała się na ulice i gołymi rękami zaatakowała milicję i ZOMO. Trwał burzliwy wiec w oczekiwaniu na delegację robotników z Żerania. Coś mnie podkusiło żeby się ustawić w kolejce do mównicy. Sala i zebrani decydowali kto może przemawiać i jak długo. Zwykle po pierwszym zdaniu dla słuchających gorących głów było już wszystko jasne. Jeżeli te kilka słów się nie podobały delikwent był spędzany z trybuny gwizdami, krzykiem i tupaniem. Prawa rewolucji były bezwzględne i okrutne. Kolejka posuwała się do przodu szybko, bo prawie wszyscy zabierający głos byli natychmiast wytupywani. Zlany potem czekałem na swoją egzekucję. Przestałem myśleć o tym, co chciałem powiedzieć – wiedziałem, że o wszystkim zdecyduje pierwsze zdanie. I w końcu ta chwila. Nic nie widzę przed sobą, pełna pustka w głowie i ta sekunda kompletnej ciszy przed nieuchronnym wyrokiem. Mówię coś w tym stylu: „Koleżanki i Koledzy! Nie chcemy wolności przyniesionej na bagnetach rosyjskich żołnierzy”. I nagle stał się cud – wielkie brawa i krzyki: „niech mówi dalej”. Potem zdaje się poszło mi jednak dużo słabiej. Ale to jedno zdanie było jak należy.
    Po jakimś czasie przyszedł Goździk i zaczął przemawiać. Co chwilę przerywano mu owacjami na stojąco a on mówił i mówił podtrzymując płomienie rewolucji.

Roman Nowicki



Gdy rozum śpi ...

    Ameryka do dzisiaj nie może otrząsnąć się z piętna czasów McCarthy’ego. Na oczach całej Ameryki i świata lawinowo toczyły się sprawy urągające sprawiedliwości, zdrowemu rozsądkowi i zwykłej ludzkiej przyzwoitości. Żądne sensacji „wolne i demokratyczne” media nakręcały spiralę polowań na czarownice. Po latach inspiratorzy i główni aktorzy tych wydarzeń pochowali się w mysie nory, ale plama na amerykańskiej demokracji pozostała na zawsze.
    Wildstein rozpętał bezkarnie piekło pomówień i podejrzeń. Dzisiaj zwolennicy tych działań mówią, że można przecież bronić dobrego imienia przed sądami powszechnymi. Podobnie mówiono w czasach hańby w Ameryce. Pomijając wszystko, nawet dzieci, wiedzą, że sądy w Polsce są niewydolne, każda sprawa ciągnie się latami, brakuje sędziów i pieniędzy – odesłanie pokrzywdzonych do sądów jest jawną kpiną z obywateli. Do tego wszystkiego większość osób znajdujących się na listach Wildsteina nie uzyska statusu pokrzywdzonych bo nie była aktywnie zaangażowana w opozycji. Z czym więc do sądu? Sami nie będą mieli dostępu do swoich akt więc jak i przed czym się bronić? Ostatnie pomysły, rodem z IPN, żeby rozszerzyć powszechną lustrację na radnych, wójtów, burmistrzów prezydentów miast, rektorów, dyrektorów szkół podstawowych, popierane przez niektóre partie prawicowe, zdają się potwierdzać, że rozum śpi i budzą się demony.
    Tego koła już nie zatrzyma chyba nikt. Pozostaje jedynie pamiętać, kto ten los zgotował: którzy dziennikarze (z Wildsteinem na czele), które media, którzy naukowcy i politycy. Wszyscy oni muszą wiedzieć, że nie uda się tym razem uciec od odpowiedzialności i udawać głupa jak nadejdą normalne czasy za 2 może 3 lata.

Roman Nowicki

Maccartyzm, kierunek w polityce wewnętrznej USA w 1. połowie lat 50. XX w.; zainicjowany w atmosferze zimnej wojny przez senatora J.R. McCarthy'ego, miał na celu przeciwstawienie się rzekomej infiltracji komunistycznej amerykańskiego aparatu władzy i środowisk opiniotwórczych; wsparty przez prezydenta H. Trumana (Internal Security Act z 1950), wyraził się w działalności skierowanej przeciwko personelowi instytucji państwowych (zwłaszcza Departamentów Stanu i Obrony), armii, osobistościom życia politycznego, kulturalnego oraz intelektualistom, oskarżanym o sprzyjanie komunizmowi (a w zasadzie o jakąkolwiek lewicowość); potępienie 1954 przez Senat działalności McCarthy'ego położyło kres maccartyzmowi



Artykuł Polska nie stoi budownictwem



Komentarz: Polityczny bałagan, złe prawo i szkodliwa konkurencja

BUDOWNICTWO MIESZKANIOWE –
POLSKI SKANDAL


    Świeżo opublikowane badania Światowego Forum Ekonomicznego i dane GUS o wynikach i nastrojach w budownictwie za trzy kwartały nie dają podstaw do optymizmu. W corocznie publikowanym rankingu Światowego Forum Polska znalazła się na 60 miejscu w grupie 104 ocenianych krajów. Zaledwie w ciągu jednego roku spadliśmy o 15 pozycji. Jesteśmy na ostatnim miejscu w Europie w ocenie potencjalnych inwestorów. Polityczny bałagan, przedwyborczy populizm prawie wszystkich partii politycznych przynoszą pierwsze smutne żniwo. Okazuje się, że w atmosferze polowań na czarownice, pomówień i donosów, korupcja i bałagan prawny rozwijają się jak nigdy dotąd. Ciekawe jest przy tym, że jeszcze rok temu inwestorzy uważali, że w Polsce największe zagrożenie stanowią wysokie podatki i nieprzewidywalna zmienność warunków inwestowania. W tym roku obawy te są ciągle aktualne, ale zdecydowanie na plan pierwszy wysuwa się „niesprawnie działająca władza”. Mówiąc prostym językiem, oznacza to przewlekłość w wydawaniu decyzji, brak przejrzystych reguł w funkcjonowaniu administracji gospodarczej, asekuracja urzędnicza posunięta do granic absurdu itp. Każdy każdego się boi i woli nic nie robić, co gwarantuje mu długie i szczęśliwe życie w strukturach administracji.
    W ostatnich miesiącach pojawił się niespodziewanie nowy problem. Badania GUS wykazują ustawicznie, że na czele wszystkich barier wymienianych przez przedsiębiorców jest „konkurencja”. Początkowo budziło to zdziwienie, wszak istotą kapitalizmu jest konkurencja. Wkrótce się jednak okazało, że chodzi o powszechną, niszczącą, nieuczciwą konkurencję. W majestacie prawa większość przetargów wygrywają firmy nastawione z góry na różnego typu przekręty. Z materiałów otrzymanych z Lublina wynika, że na 14 przetargów 10 wygrały przedsiębiorstwa, które przedstawiły oferty o 60 – 70% niższe niż to wynikało z kosztorysu inwestorskiego. Żadna szanująca się firma nie mogła takiej propozycji złożyć. Wygrywają często firmy nastawione z góry na przestępczą działalność, a dobre giną. Nawiasem mówiąc w trakcie budowy przy pomocy łapówek i różnych forteli wszystko wraca do normy i inwestycja kosztuje ile miała kosztować albo więcej.
Ginie etos dobrej pracy. Padają uczciwi. Kwitnie kult cwaniactwa.
    Inny kwiatek z łączki inwestycyjnej. Wszystkie kraje europejskie traktują budownictwo mieszkaniowe jak „koło zamachowe” gospodarki przeznaczając na ożywienie popytu odpowiednie środki publiczne. Jest sprawdzone, że do budżetu więcej wraca podatków niż się wydaje na pobudzenie rynku. Przybywa tanich miejsc pracy, ogranicza się patologie społeczne. U nas znowu jest tak samo tylko inaczej.
    Kolejne rządy od wielu lat ograniczają nakłady budżetowe na sferą mieszkaniową. Polski budżet na 2005 r. przeznaczy na sferę mieszkaniową mniej niż 0,1 proc. PKB (w Europie średnio 10 – 15 razy więcej). Brakuje 1,5 miliona mieszkań, ale niszczy się struktury i organizacje – zlikwidowano Ministerstwo Budownictwa, Urząd Mieszkalnictwa i Rozwoju Miast oraz specjalistyczną Komisję Budownictwa w sejmie. W efekcie mamy zalew złych ustaw, które hamują rozwój inwestycji. Prawo regulujące procesy inwestycyjne zostało dotknięte chorobą wściekłych paragrafów.
Weźmy inny przykład. Wbrew doświadczeniom europejskim wprowadzono bardzo wysoki podatek VAT, osłabiający popyt wewnętrzny i opóźniający rozwój gospodarczy. Od 1 maja 2004 r. miały wejść w życie przepisy dotyczące zwrotu nadwyżki podatku VAT dla indywidualnych inwestorów budujących własne mieszkania. Do dzisiaj nie ma tych przepisów. Podobnie rząd obiecywał wprowadzenie na wzór innych krajów europejskich pojęcia społecznego budownictwa mieszkaniowego do ustawy o podatku VAT. Dla tego rodzaju budownictwa UE w Dyrektywie VI dała możliwość stosowania „obniżonej” stawki podatku VAT. W Polsce ze względu na braki mieszkaniowe (1,5 gospodarstw domowych nie ma odrębnych mieszkań), całe budownictwo nadaje się do objęcia definicją budownictwa społecznego i mogliśmy z łatwością zastosować w tym obszarze podatek np. 5 proc. Nic takiego się nie stało, pojęcie budownictwa społecznego do dzisiaj nie funkcjonuje w polskim prawie. W efekcie znaleźliśmy się na ostatnim miejscu w Europie we wszystkich wskaźnikach dotyczących budownictwa mieszkaniowego.
    Nie chciałbym być złym prorokiem, ale jak tak dalej pójdzie wkrótce zacznie spadać tempo naszego rozwoju gospodarczego i żaden polityk nie będzie się chciał przyznać do winy za ustawiczne psucie gospodarki.

Roman Nowicki
Kongres Budownictwa Polskiego



Warszawa, 27 marca 2004 roku

Do moich kolegów i przyjaciół
w Kole SLD „Gocław”


    W SLD należałem do grupy osób walczących o nowe oblicze polskiej lewicy i o nowy kształt polityki mieszkaniowej. Przez kilka lat napisałem wiele artykułów, przygotowałem kilka programów mieszkaniowych, występowałem publicznie w sprawach naprawy SLD. Z przykrością stwierdzam, że rezultaty tych starań były niewielkie. Coraz częściej prywata brała górę nad interesem publicznym, afera goniła aferę, systemy wyborcze sprzyjały tworzeniu nieformalnych powiązań, trwała negatywna selekcja, ogniwa terenowe nie miały żadnego wpływu na decyzje strategiczne  partii, szeregowi członkowie przestali być potrzebni, narastały powiązania wielu działaczy terenowych z ludźmi i organizacjami działającymi na krawędzi prawa lub wręcz poza prawem. SLD nie udzielił wsparcia i nie dał szans na konfrontację z rządem poglądów np. w sprawie podatku VAT i programów mieszkaniowych. Odrzucanie innych niż własne poglądy stało się regułą. Tysiące członków SLD w cichym proteście opuściło szeregi partii. Tylko część z nich, z przyczyn wyraźnie koniunkturalnych zapisała się do PO i Samoobrony. Wydawało się, że procesu destrukcji SLD nie można w żaden sposób powstrzymać. Reformy były połowiczne i kończyło się zazwyczaj na deklaracjach. Kierownictwo partii nie zdawało sobie sprawy z głębokości kryzysu i nie było w stanie lub nie chciało podjąć radykalnych działań naprawczych. Rozgrywki na szczytach władzy powodowały naturalne w tych warunkach skłonności do szukania poparcia u „baronów” i w strukturach podstawowych. Była to główna przyczyna „konserwowania” negatywnych układów w terenie. I tak koło się zamykało. Ludzie dążący do zmian ale trwale związani z lewicą, nie mieli dla siebie alternatywy.
    Niezależnie od możliwej krytyki, powstanie Socjaldemokracji Polskiej, załatwiło to, czego wielu z nas nie mogło osiągnąć. Ustąpił rząd, zapowiedziano bardzo głębokie reformy w SLD, zaczęła się rzeczywista, a nie pozorowana weryfikacja władz partii na wszystkich szczeblach, zapowiedziano powrót do wartości lewicowych. Powstała w sumie realna  szansa, że szeroko rozumiana lewica nie przegra wszystkiego, że ludzie związani na dobre i na złe, z tą formacją odzyskają wiarę w możliwości naprawy, że dbając o rozwój gospodarki, nie zapomnieliśmy o dramatycznej biedzie wielu polskich rodzin i największej w Europie bezdomności. Lewica jest tylko jedna, niezależnie od tego gdzie poświęcimy jej swój czas i marzenia o lepszym świecie.
    Podając powyższe, chcę poinformować członków mojego Koła SLD, że ze względu na możliwość realizacji celów, o których napisałem wcześniej postanowiłem wystąpić z SLD i zapisać się do SDPL. Chciałbym wyrazić nadzieję, że to rozstanie będzie miało charakter czysto formalny, bo dalej serca mamy po lewej stronie i razem chcemy naprawiać to, o zostało zniszczone.

Z wyrazami szacunku,

Roman Nowicki

                                                                                                                                          

VAT
                                                                                                                                         


Polemika - Cofnęliśmy się o 50 lat

Ciężkie błędy polityków


(Trybuna 6 VIII 2003)

Dobrze się stało, że Trybuna zamieściła obszerny wywiad z Markiem Bryxem prezesem Urzędu Mieszkalnictwa i wiceministrem infrastruktury (31.07.2003). Dobrze bo jest nareszcie możliwość podjęcia dyskusji w sprawach zasadniczych dla mieszkalnictwa. Sam tytuł wywiadu "Mieszkanie musi być towarem" określa wyraźnie liberalną doktrynę z jaką podchodzi się w Polsce do spraw mieszkaniowych.
Jest to dosyć unikatowy w Europie punkt widzenia. Większość krajów europejskich, dodajmy krajów o długiej historii realnego kapitalizmu prowadzi społeczno-rynkowe polityki mieszkaniowe a my pod przemożnym wpływem kolejnych ministrów finansów właśnie twardą rynkową politykę.
W swoim wywiadzie pan Bryx, powołując się na moje nazwisko, kilka razy używa sformułowania, że to i owo "tłumaczył panu Nowickiemu", sugerując że nie dało to żadnych rezultatów. Myślę, że
BĘDZIE MI WYBACZONE
jeżeli posłużę się tą samą stylistyką.
Otóż w trakcie tych spotkań ja z kolei tłumaczyłem panu Bryxowi, że mieszkania są tak drogim i szczególnym towarem, do którego muszą mieć dostęp również rodziny mało i średnio zarabiające oraz młode rodziny startujące w dorosłe życie, że do tego "towaru" nie wolno stosować reguł niewidzialnej ręki rynku i głosić hasła że jak w gospodarce będzie lepiej, to problem mieszkaniowy sam się rozwiąże.
Tłumaczyłem również, że wielu ekonomistów uważa, że rozwój budownictwa mieszkaniowego przynosi wyraźne zyski dla budżetu z różnego rodzaju podatków. W każdym bądź razie wpływy z tego sektora przewyższają wydatki na instrumenty finansowego wspierania popytu. Niezależnie jednak od tego, że uruchamianie środków publicznych na ten cel przynosi bezpośrednie zyski, rozwój budownictwa mieszkaniowego jest źródłem najtańszych z możliwych miejsc pracy i daje perspektywy młodemu pokoleniu na godne życie ogranicza patologie społeczne.
Kraje kapitalistyczne wiedząc, że mieszkania są bardzo drogim towarem niedostępnym dla wielu rodzin w normalnych regułach gry rynkowej
STOSUJĄ JEDNOCZEŚNIE
wiele instrumentów i systemów dających szanse biedniejszej części społeczeństwa Należą do nich min.:
  • subsydia budowlane, występujące w postaci dopłat ze środków budżetu państwa do każdego mieszkania, z reguły przeznaczonego do wynajmu, a budowanego przez organizacje mieszkaniowe typu "non profit";
  • subsydia procentowe, polegające na pokrywaniu ze środków budżetu państwa części rynkowego oprocentowania mieszkaniowych kredytów hipotecznych;
  • premie z tytułu wieloletniego oszczędzania na mieszkanie, w systemie kas oszczędnościowo - pożyczkowych;
  • ulgi podatkowe z tytułu poniesionych wydatków na budowę, względnie kupno, remont lub modernizację mieszkania;
  • dopłaty energetyczne, pokrywające częściowe koszty przedsięwzięć prowadzących np. do zaoszczędzenia energii cieplnej w mieszkaniu i tp.
W Polsce
TYLKO UDAJEMY,
że chcemy podobnie te problemy rozwiązywać. Nie można głosić haseł o wielkim programie mieszkaniowym i jednocześnie ciągle powracać do idei zwiększania podatku VAT i ograniczenia środków publicznych na te cele. Podczas tych spotkań z M. Bryxem tłumaczyłem również mój punkt widzenia, że fakt, iż Polska jest na kompromitującym ostatnim miejscu w Europie w "zaspakajaniu potrzeb mieszkaniowych" to wynik ciężkich błędów naszych polityków a nie złej sytuacji gospodarczej. W części jest to wynik również takich a nie innych poglądów jakie prezentuje pan Bryx.
Świetnym przykładem jak punkt siedzenia może zmienić punkt widzenia jest podatek VAT.
KAŻDE DZIECKO WIE,
że jest to podatek cenotwórczy i że niezależnie od różnego typu odliczeń po drodze, ktoś go musi w końcu zapłacić. Zwykle jest to obywatel, który kupuje usługę lub towar. Przy obecnym, słabym rynku, wprowadzenie tego podatku na materiały budowlane, działki i w perspektywie na usługi i na mieszkania jest prawdziwym nieszczęściem bo musi wywołać zwyżkę cen gotowych mieszkań i budownictwa indywidualnego.
Rząd zdawał sobie z tego w pełni sprawę i dlatego ustami Premiera zapewnił, że dla budujących indywidualnie w systemie gospodarczym różnica podatku VAT za materiały budowlane w wysokości 15% będzie zwracana budującemu mieszkanie. M. Bryx w ogóle już do tego tematu nie wraca w wywiadzie tworząc zupełnie nowe konstrukcje myślowe jakby przygotowując grunt do kolejnej zmiany stanowiska przez rząd. Na pytanie redaktora "mówi się jednak że po podwyżce VAT mieszkania zdrożeją nawet o 10-15 proc." Pan Bryx odpowiada "bzdura".
Warto przypomnieć zatem niektóre sformowania z ekspertyzy pana prof. M. Bryxa, przygotowanej przed objęciem przez niego stanowiska prezesa Urzędu Mieszkalnictwa ( wrzesień 2000 rok):
"Łączny popyt na mieszkania w skali kraju przy stawce VAT wyższej niż 7% zmniejszy się. W przypadku kumulacji negatywnych decyzji (likwidacja ulg podatkowych) rynek ulegnie załamaniu."; " Rynek mieszkaniowy w Polsce jest płytki. Państwo nie powinno go osłabiać, lecz utrwalać i rozwijać. Niestety taki program działań nie istnieje, co potwierdza próba wprowadzenia w budownictwie mieszkaniowym stawki VAT wyższej niż najwyższa w krajach Unii Europejskiej."; "Przedstawiona analiza wybranych, ważnych obszarów oddziaływania nowej stawki VAT pokazuje, że przy zaprezentowanych, realistycznych założeniach, po jej wprowadzeniu budżet państwa może stracić 1.7mln. zł."
Aż 13 z 15 krajów Unii Europejskiej ma niższy podatek podstawowy VAT niż Polska. Biedniejsze kraje z tej grupy wręcz programowo obniżały ten podatek, żeby zwiększyć popyt wewnętrzny i przyspieszyć rozwój gospodarczy. Regułą stało się we wszystkich krajach UE stosowanie ulgowego podatku VAT w szeroko pojętym budownictwie mieszkaniowym. Polska z wielkim opóźnieniem i niechęcią zgłosiła propozycje w tym obszarze i do tego w ogóle nie wystąpiła o ulgowy VAT na materiały budowlane, usługi geodezyjne i usługi projektowe. Na ile te sprawy dla Europy kapitalistycznej są ważne niech świadczy fakt, że ostatnio obradowała wiele miesięcy Komisja Europejska wyłącznie nad dalszym ujednoliceniu polityki w sprawie "ulgowego" VAT-u. Polska w obszarze budownictwa nie zgłosiła żadnych dodatkowych propozycji a fakt obrad komisji w tych sprawach
BYŁ UTAJNIONY
przed opinią publiczną.
Odrębna sprawa, którą starałem się wytłumaczyć panu Bryxowi, był problem kas budowlanych. Nie ma możliwości znaczącego rozwoju budownictwa mieszkaniowego bez środków prywatnych ludności. Dodajmy bez prywatnych pieniędzy niebogatych rodzin. Kasy budowlane, które próbowaliśmy wdrożyć w Polsce, były wzorowane na prawie stuletnich doświadczeniach europejskich. Nieprawdą jest więc stwierdzenie pana Bryxa, że "kasy mieszkaniowe, które wymyślono (!) w 1997 r. bazowały na bardzo wysokich dotacjach budżetowych" . Nie mieszkaniowe a budowlane, nie wymyślono w 1997 roku a kilkadziesiąt lat wcześniej. Natomiast "dotacje" z budżetu były prawie takie same, jak w kompletnie nieudanych kasach rządowych (dopłata w postaci ulgi budowlanej a więc zaniechanie wpływów z podatków dla budżetu to w praktyce to samo co "dotacja"). Problem dopłaty budżetu do kasy czy do podatnika nigdy bezpośrednio nie istniał - cały czas deklarowaliśmy możliwość odpowiedniej zmiany zapisu w ustawie. Ówczesny wicepremier i minister finansów w
SPOSÓB AROGANCKI
odrzucił wszystkie propozycje spotkania z autorami ustawy. Niech więc pan Bryx nie używa demagogicznych argumentów. W efekcie jest tak, że domorosłe kasy mieszkaniowe z dopłatami w postaci ulg budowlanych przyniosły klęskę (ok. 70 tysięcy rachunków i 30 tysięcy kredytów). W czterokrotnie mniej liczebnych Czechach w kasach budowlanych takich samych jak chcieliśmy wprowadzić w Polsce w 1997 roku powstało ok. 5 milionów rachunków i udzielono 1,5 miliona kredytów.
Wbrew temu, co mówi pan M. Bryx, szeroko reklamowany kredyt z ulgą odsetkową ma bardzo małe jak dotychczas powodzenie i nigdy nie zastąpi ulg budowlanych, remontowych i kas budowlanych. (dotychczas udzie4lono niewiele ponad 50 kredytów a nie jak podaje się w wywiadzie 100-200).
W ostatnich latach cofnęliśmy się w budownictwie mieszkaniowym o pięćdziesiąt lat do tyłu, znieśliśmy ulgi budowlane i chcemy zlikwidować ulgi remontowe, chcemy podnieść podatek VAT w budownictwie, praktycznie zlikwidowaliśmy dużą część zaplecza naukowo-badawczego, zlikwidowaliśmy ministerstwo budownictwa, chcemy zlikwidować urząd mieszkalnictwa, zlikwidowaliśmy sejmową komisję budownictwa, ograniczyliśmy do absurdu wydatki ze środków publicznych na sferę mieszkaniową ( w relacji do PKB), skutecznie likwidujemy budownictwo na wynajem, budownictwo spółdzielcze i komunalne, nie mamy żadnego średniookresowego, rządowego programu mieszkaniowego. Czy kogoś w tych warunkach dziwi, że Polska jest na ostatnim miejscu w Europie jeżeli chodzi o efekty mieszkaniowe? W nielicznych, nie z naszej winy, rozmowach tłumaczyłem ten pogląd panu M. Bryxowi - jak widać bez widocznego rezultatu. Każdy pozostał przy swoim. A skutki są jakie są.

Roman Nowicki
Przewodniczący Stałego
Przedstawicielstwa Kongresu
Budownictwa Polskiego

Tytuły pochodzą od redakcji