|
UCHWAŁA ZEBRANIA WIEJSKIEGO
Wola Karczewska 13 grudnia 2009
W
uznaniu zasług Pana Romana Nowickiego, który od wielu lat
bezinteresownie i społecznie pomaga rozwiązywać żywotne problemy naszej
wsi (ochrona rzeki Świder, budowa jedynej drogi przez wieś,
przygotowanie warunków do kończenia budowy domu kultury, starania o
nowe przystanki autobusowe i tablice ogłoszeniowe, prowadzenie od
czterech lat stałej galerii fotograficznej itp.) Rada Sołecka wnioskuje
o nadanie Romanowi Nowickiemu tytułu:
HONOROWEGO SOŁTYSA WOLI KARCZEWSKIEJ
Mieszkańcy
Woli Karczewskiej zgromadzeni na zebraniu wiejskim w dniu 13 grudnia
2009 przedłużają jednocześnie upoważnienie dla Romana Nowickiego do
reprezentowania interesów wiejskich wobec władz gminnych i powiatowych
w zakresie uzgodnionym z Sołtysem.
(ZEBRANIE AKCEPTOWAŁO JEDNOMYŚLNIE)



OBRONA POLSKICH PRZEDSIĘBIORSTW -CZYLI WALKA Z WIATRAKAMI
Początek lat 90-tych ubiegłego wieku. W
pierwszych latach naszej transformacji ustrojowej Fundacja Bezdomnych i
Izba Przemysłowo – Handlowa Producentów i Sprzedawców dla Budownictwa
zajęły się profesjonalnie obroną dobrego, polskiego przemysłu
budowlanego. Na fali euforii, jaka wówczas ogarnęła kraj mało kto
dostrzegał, że zalewa nas nieuczciwa konkurencja gigantów przemysłowych
z zachodu. Dumping cenowy skutecznie doprowadzał do bankructwa nawet
najlepsze polskie zakłady. Rządzący nie zdawali sobie najczęściej
sprawy ze skali zagrożeń i nie potrafili stworzyć równych warunków do
konkurencji na rynku polskim. Do tego wszystkiego producenci zachodni
dysponowali ogromnymi środkami finansowymi na reklamę i marketing, a
firmy polskie nie ze swojej winy ledwie wiązały koniec z końcem. Nic
dziwnego, że bankructwa nawet najlepszych stały się chlebem powszednim. Te
paradoksy i zwykłe nadużycia chcieliśmy pokazywać na przykładzie
konkretnych przedsiębiorstw. Najlepsze otrzymywały specyficzny znak
jakości, pomoc w reklamie swoich wyrobów i były prezentowane na
częstych konferencjach prasowych. Niestety robiliśmy to bez żadnej
pomocy Państwa. Na konferencje prasowe zawsze szukaliśmy jakiegoś
dowcipu, anegdoty czegoś prostego, co wbrew panującej modzie trafi do
wyobraźni zgromadzonych dziennikarzy. Jeden przykład - Fabryka Naczyń
Emaliowanych w Olkuszu. Wspaniały, znany w Europie i na świecie zakład
zatrudniający połowę mieszkańców miasta. Przed konferencją prasową
poprosiłem dyrektora o prosty przykład dlaczego jesteśmy skazani na
przegraną. Opowiedział mi następującą historię: „w okresie koniunktury
wybudowaliśmy stadion piłkarski dla mieszkańców. Kiedy przyszedł
kapitalizm zwróciliśmy się do wojewody z propozycją przekazania
obiektu. Otrzymaliśmy odpowiedź, że nie ma pieniędzy i musimy dalej
konserwować i utrzymywać stadion. Jednym słowem kupując naszą wannę
kupuje pan jednocześnie kawałek stadionu. Zwróciliśmy się też do
Ministerstwa Obrony Narodowej, żeby dał zlecenie na produkcję
zbrojeniową w specjalnie wybudowanych halach na ten cel, lub je zabrał
sobie. Odpowiedź przyszła podobna, zleceń nie będzie, hale musimy
konserwować i utrzymywać, bo tego wymaga racja stanu. I tak kupując
naszą wannę kupuje pan dodatkowo granat. Jak w tych warunkach można
konkurować z wanną włoską (gorszą od polskiej), która jest pozbawiona
tych obciążeń, a jednocześnie rząd włoski dał swoim zakładom specjalne
ulgi podatkowe za eksport?” A więc przegrywali również najlepsi na
skutek indolencji rządzących.



Wola
Karczewska - mała, zaniedbana wieś w powiecie otwockim. Bywam tam kilka
razy w roku. Roboty przy jedynej drodze przez wieś przerwano w połowie 20 lat
temu. Dzięsięć lat temu rozpoczęto budowę Domu Kultury i też zaniechano. Poza
błędami władz wszystkich szczebli ogólna niewiara w sens działania. Przez kilka
ostatnich lat staraliśmy się coś z tym zrobić. Uruchomiłem stałą galerię
fotograłiczną z codziennego życia wsi. Po wielkich walkach udało się zdobyć
środki finansowe na kończenie drogi. Dom Kultury prawie zdobył wlaściciela
co umożliwi jego kończenie. Wieś zaczyna wspólnie działać na rzecz lepszej
przyszłości i uwierzyła, że są szanse na wyrwanie się z
marazmu.
ZGODA
BUDUJE
Wiele wskazuje, że zła passa Woli Karczewskiej została
ostatecznie przełamana. W ubiegłym roku, po wieloletnich, zgodnych i
profesjonalnych staraniach Zarząd Dróg Powiatowych mógł przystąpić nareszcie do
kończenia jedynej drogi przez wieś. Dzięki składkowej pomocy gminy i powiatu
roboty będą kontynuowane również w roku bieżącym. Nakłady w wysokości 160
tysięcy złotych pozwolą na poważne zaawansowanie prac. Jeszcze rok, dwa i droga
zostanie zakończona. Mieszkańcy odetchną z ulgą i będą mogli nareszcie otwierać
okna bez obawy, że uduszą się w kurzu.
Jak się wydaje nastąpił również przełom w budowie Domu
Kultury w Woli Karczewskiej. Początkowo budowała go cała wieś przy pomocy gminy.
Piękny zbiorowy wysiłek i nagle jakby piorun strzelił. Skończył się patronat
samorządu, na budowie zapanowała na wiele długich lat martwa cisza. Obiekt
niszczał przy wydatnej pomocy przyjezdnych wandali, którzy korzystali, że
budynek nie miał gospodarza, głównie za sprawą bałaganu w dokumentach i
urzędniczej indolencji. Gmina słusznie mówiła, że nie może inwestować w obiekt,
którego nie jest właścicielem, a w powiecie nie można było znaleźć papierów
dokumentujących własność gruntów przed 1958 rokiem., W końcu mieszkańcy Woli
Karczewskiej postanowili przerwać ten zaklęty krąg. Postawili jednak gminie
kilka warunków – zostanie potwierdzone na piśmie, że po przejęciu nie zostanie
zmienione pierwotne przeznaczeni obiektu (dom kultury) i że całość nieruchomości
nie zostanie sprzedana prywatnemu nabywcy. Pod projektem porozumienia podpisało
się prawie 100 mieszkańców wsi. Finał nastąpił 17 czerwca w Woli Karczewskiej,
kiedy to Wójt Marek Jędrzejczak na oczach całej wsi podpisał ostatecznie
porozumienia. Wójt obiecał, że jak powiat i województwo załatwią szybko
formalności to w przyszłym roku budowa ruszy z kopyta. Ceremonii towarzyszył
plakat z napisem „Tu jest ściernisko, ale wkrótce będzie San Francisco” (z
piosenki Golec uOrkiestra). Warto dodać, że współpraca przy przygotowywaniu
potrzebnych dokumentów byłą wzorcowa, za co wójt otrzymał liczne podziękowania.
Roman Nowicki



ODZNACZENI W TOWARZYSTWIE
WICEPREMIERA WALDEMARA PAWLAKA I PREZYDENTA KPP ANDRZEJA MALINOWSKIEGO
WICEPREMIER W. PAWLAK
WRECZA KONFEDERATKĘ R. NOWICKIEMU
Laureaci nagrody „Konfederatka –
Przyjaciel Pracodawcy 2007”:
1. Jerzy Hausner (kategoria:
gospodarka)
za odwagę przeprowadzania reform oraz niepolityczne patrzenie na
polskie problemy społeczne i gospodarcze. Za szacunek dla partnerów
dialogu trójstronnego, umiejętne pozyskiwanie sojuszników dla swoich
nowatorskich koncepcji. Za takt, umiar i uznanie dla odmiennych
poglądów.
2 Roman Nowicki (kategoria:
gospodarka)
za to, że jest dobrym duchem budownictwa mieszkaniowego w Polsce i od
wielu lat upomina się o nadanie tej gałęzi gospodarki odpowiedniej
rangi. W podziękowaniu za to, że potrafi nie oszczędzać gorzkich słów
politycznym decydentom, wówczas gdy w grę wchodzi dobro gospodarki.
3. Mirosław Cielemęcki (kategoria:
media)
za cotygodniowe popularyzowanie problematyki gospodarczej i wyjaśnianie
jej meandrów, za dziennikarską rzetelność oraz warsztatowy
profesjonalizm – tak rzadki dziś w tym zawodzie oraz za promowanie
wolnego rynku i wartości konstytuujących polską przedsiębiorczość.
4. Paweł Adamowicz (kategoria:
samorządy terytorialne)
za budowanie przyszłości Gdańska w oparciu o jego historię. Za
codzienne udowadnianie, iż to samorządność jest podstawą mocy i
trwałości Rzeczypospolitej. Za pracę u podstaw, będącą wzorem godnym
naśladowania.
5. Jan Guz (kategoria: związki
zawodowe)
za troskę o poszanowanie zasad dialogu społecznego i kierowanie się
zasadą nadrzędności interesów całego społeczeństwa nad partykularnymi
interesami poszczególnych jego grup. Za umiar, ekonomiczny rozsądek i
zrozumienie fundamentalnych praw wolnego rynku.
6. Wiesław Siewierski (kategoria:
związki zawodowe)
za troskę o poszanowanie zasad dialogu społecznego i kierowanie się
zasadą nadrzędności interesów całego społeczeństwa nad partykularnymi
interesami poszczególnych jego grup. Za umiar, ekonomiczny rozsądek i
zrozumienie fundamentalnych praw wolnego rynku.
7. Zbigniew Kruszyński (kategoria:
związki zawodowe)
za troskę o poszanowanie zasad dialogu społecznego i kierowanie się
zasadą nadrzędności interesów całego społeczeństwa nad partykularnymi
interesami poszczególnych jego grup. Za umiar, ekonomiczny rozsądek i
zrozumienie fundamentalnych praw wolnego rynku.
8. Michał Kleiber (kategoria:
instytucje naukowe)
za twórczy wkład w budowę podstaw polskiej gospodarki opartej na wiedzy
oraz niestrudzone popularyzowanie wartości oraz idei służących
rozwojowi polskiej myśli naukowej i modernizacji gospodarki.



Po
30 latach publikujemy fragment stenogramu z posiedzenia rządu w 1976
roku pod przewodnictwem Piotra Jaroszewicza na temat opracowania Romana
Nowickiego o budownictwie indywidualnym na wsi. Dopiski i podkreślenia
– R. N. Tekst sam w sobie jest kuriozalny.
POLACY PRZECIWKO POLAKOM?
Ze zdziwieniem przeczytałem artykuł Pana Piotra
Ciszewskiego „Antyspołeczna dyrektywa”, który w całości dotyczy
problematyki liberalizacji rynku usług przez państwa członkowskie UE.
Żeby w krótkich słowach wyjaśnić skąd to moje zdziwienie chciałbym
przypomnieć przynajmniej dwa fakty świadczące o tym, że nigdy w
ostatnich latach nie było wspólnoty interesów związków zawodowych
bogatych krajów europejskich i nowych kandydatów i członków Unii
Europejskiej. Wystarczy przypomnieć powszechnie znaną umowę
polsko-niemiecką z 1990 roku o pracy polskich fachowców budowlanych w
Niemczech. Pomimo, że umowa określała w każdym roku kontyngenty
polskich robotników to niemieckie związki zawodowe robiły wszystko, co
możliwe żeby umowę zablokować lub storpedować. Kolejne rządy niemieckie
ze względów politycznych ulegały tym naciskom mnożąc restrykcje do
granic absurdu (skomplikowany tryb uzyskiwania pozwoleń na pracę,
wysokie stawki opłat, słynne brygady „FKS – Zoll”, zakaz realizacji
inwestycji przez polskie firmy w „generalnym wykonawstwie”, zakaz pracy
polskich fachowców w landach o wysokim bezrobociu, itp., itd.)
Wszystkie te restrykcje były niezgodne z duchem umowy
polsko-niemieckiej, ale funkcjonują do dzisiaj pod przemożnym wpływem
lobby związkowego.
Kilka słów na temat „brygad”. Jest to niezwykle
brutalna „policja”, uzbrojona, z psami, pilnująca legalności
zatrudnienia i porządku formalno-prawnego na budowach, na których
pracują polscy robotnicy. Restrykcyjność tej formacji jeszcze się
wzmogła po przekształceniach w połowie 2004r. i podporządkowaniu
niemieckiemu ministrowi finansów. Wśród tych negatywnych decyzji
służbom celnym przyznano status quasi-prokuratora, dzięki któremu mogą
one oskarżać o przestępstwa karne z tytułu zaniżania płac i
nieprawidłowego oskładkowania (przedtem były to wykroczenia
administracyjne). „FKS – Zoll” bardzo często działa metodą faktów
dokonanych, mnożąc oskarżenia o przestępstwa socjalno-podatkowe i o
szmugiel pracowników, żeby zdobyć dla niemieckiego budżetu kwotę 1 mld
EURO (zapisaną w budżecie z góry po stronie dochodów). Zupełnie
kuriozum stanowi wykorzystywanie okolicznej ludności i „obserwatorów”
do wypełniania specjalnych formularzy donosów.
Wszystkie te działania swój początek mają w ochronie
niemieckiego rynku pracy i postulatach niemieckich związków zawodowych.
Znany jest powszechnie w Europie przykład
estońskiego przedsiębiorstwa usługowego, które założyło swoją filię w
Szwecji i prowadziło usługi w oparciu o ceny kraju macierzystego.
Szwedzkie związki zawodowe doprowadziły w krótkim czasie do bankructwa
estońskiego przedsiębiorstwa domagając się płac dla robotników
estońskich na poziomie szwedzkim. Trzeba w tym miejscu dodać, że
zarówno polskie firmy w Niemczech, jak również estońska firma w Szwecji
otrzymywały zlecenia znacznie tańsze niż przeciętne na tych rynkach,
ale wymagano, żeby płace były porównywalne z robotnikami miejscowymi.
Zupełnie na marginesie chcę przypomnieć, że sporo
emocji budziło swojego czasu otwarcie rynku towarów. Ale nikomu nie
przyszło przecież do głowy, żeby w przepisach unijnych domagać się
zrównania cen towarów importowanych z cenami towarów wytwarzanych na
rynkach wewnętrznych. Tymczasem taki absurd próbuje się wprowadzić w
eksporcie usług.
Dyrektywa usługowa nie rozwiązuje wszystkich
problemów, a nawet ich znaczącej części, ale z punktu widzenia
interesów nowych krajów, które przystąpiły do UE mogła stanowić istotny
postęp. Z naszego punktu widzenia można powiedzieć, że większe problemy
dla polskich robotników stwarza istniejąca już od dłuższego czasu
Dyrektywa nr 96, która dotyczy m.in. BHP, urlopów, minimalnej płacy,
itp.
Polscy związkowcy demonstrujący w Strasburgu zostali
wprowadzeni w błąd. Wygląda to wszystko tak, jakby delegacje
Solidarności i OPZZ poparły na terenie Niemiec demonstrację w sprawie
zaostrzenia restrykcyjnej polityki przeciwko polskim robotnikom.
Artykuł Pana Piotra Ciszewskiego nie przysłużył się dobrze zrozumieniu
tych spraw. Rządy Francji i Niemiec już dzisiaj dają wyraz zadowolenia
z pomocy polskich związków zawodowych.
Zachęcam do przeczytania stanowiska i kilku
ekspertyz w tych sprawach zamieszczonych na stronach www.kongresbudownictwa.pl.
Roman Nowicki
maj 2005r.
WSPOMNIENIA Z TAMTYCH SZALONYCH LAT
Kto by pomyślał, że ten ciągle młody, wspaniały
wydział budownictwa lądowego Politechniki Warszawskiej ma już
dziewięćdziesiąt lat.
Studia na Wydziale rozpocząłem w 1956 roku, a więc
49 lat temu. Z tej perspektywy wszystko dzisiaj wygląda pięknie,
zacierają się konflikty i problemy, a najgorsi profesorowie
przypominają starych dobrych przyjaciół, a wszystkie bez wyjątku
koleżanki były wówczas piękne i ponętne jak Jennifer Lopez.
Kilka wspomnień i anegdot, które mogą ubarwić ten
świetny jubileusz.
Rozpoczynając studia zamieszkałem wraz z kolegami w
akademiku przy Placu Narutowicza. Jak czas pokazał niezła to była
paczka – kilku z nas zostało znanymi przedsiębiorcami, członkami władz
samorządowych Warszawy, średniej klasy politykami (poseł), działaczami
społecznymi, a jeden nawet został profesorem i szefem ważnego instytutu.
Ale o tym w 1956 roku nikt nie myślał. Mieszkaliśmy
początkowo na ósmym piętrze z oknami wychodzącymi na „studnię”
(akademik przy Narutowicza stanowią wysokie budynki usytuowane na
obrysie kwadratu – w środku jest wspomniana „studnia”). Mój przyjaciel
Witek S. przez rok waletował w pawlaczu będąc nadkompletem w naszym
siedmioosobowym pokoju.
Byliśmy pełni marzeń o lepszym świecie, czas
zajmowały randki i uganianie się za dziewczynami, a tylko w stosunkowo
niewielkim stopniu nauka, i to z wyraźną niechęcią (poza przyszłym
profesorem).
Stałym elementem głupich dowcipów studenckich było
rzucanie w nocy butelek wypełnionych wodą do studni. Towarzyszył temu
potworny huk spotęgowany przez wielokrotne echo. W kilkuset oknach
natychmiast zapalało się światło, a rozbudzeni studenci w niewybrednych
słowach krzyczeli, co takiemu ... zrobią, jak go złapią i wyraźnie
domagali się krwi. Potem powolutku światła gasły. Narastała absolutna
cisza, aż do momentu kiedy ktoś nie wrzucił kolejnej butelki. I znowu
rozpętywało się piekło i tak aż do rana. Nic nie pomagały apele, nie
miały sukcesu specjalne trójki aktywistów młodzieżowych, które całe
noce siedziały w oknach celem wyśledzenia sprawców. Zwyrodnialców nie
dawało się złapać aż do momentu kiedy myśl stania się bohaterem jednej
chwili dopadła mnie. Miałem raczej niskie mniemanie o sobie i tym
bardziej podziwiałem odwagę tych, którzy podejmowali to wielkie i
najgłupsze z możliwych wyzwań. Aż którejś nocy poczułem, że nadszedł
mój czas i bez dramatycznego obudzenia wszystkich kolegów nie da się po
prostu żyć. O trzeciej nad ranem rzuciłem swoją jedyną butelkę. Wybuch
był niebywały. Wszystkie okna zajaśniały. Nigdy już potem nie słyszałem
tylu wyzwisk jednocześnie i nie widziałem tylu gestów potępienia. Moja
mroczna radość była krótka, bowiem spośród tych 100 czy 200, którzy
rzucali butelki od wielu miesięcy to właśnie mnie złapano. Na sądzie
koleżeńskim mówiłem coś o Makarence i że jak zostanę wyrzucony to mogę
się stoczyć i co wtedy będzie? Dano mi karę z zawieszeniem i nigdy już
nie doświadczyłem tego pięknego uczucia rzucania butelki z wodą w
„studnię” akademika przy pl. Narutowicza w Warszawie.
Druga anegdota dotyczy Prof. Pieślewicza, który
wykładał geometrię wykreślną. Jeżeli ktoś zasłużył sobie na miano
postrachu studentów wszechczasów to chyba właśnie Pan Profesor. Groźna
w każdym calu postura, wielka burza rozczochranych włosów i
krzaczastych brwi, najgroźniejsze z groźnych spojrzeń, brak jednej nogi
i posługiwanie się głośne i demonstracyjne kulą, tubalny głos i
zdecydowane upodobanie do stawiania dwój i pał składało się na obraz
Profesora wyrobiony przez naszą imaginację i potworne opowiadania
nosicieli tychże pał i dwój!
Już wejście Profesora na katedrę w auli maximum było
zapowiedzią dramatu i uzmysławiało naszą bezdenną nicość. Profesor
podchodził do katedry w sposób zdecydowany i głośny, z głuchym łomotem
i demonstracyjnie walił kikutem nogi o katedrę, a potem posługując się
kulą rozpoczynał wykład. Ze strachu mało kto pamiętał, co mówił.
Przed egzaminami koledzy wpadli na pomysł
najgłupszego z możliwych zakładów. Założyli się mianowicie ze mną o
dużą ilość słodyczy, czy zdam jeżeli przez dwa ostatnie tygodnie nie
będę się uczył – co oni będą nieustannie pilnowali, żebym nawet nie
zerknął do notatek lub książki. Pomyślałem, że i tak i tak nie mam
żadnych szans więc zakład przyjąłem.
W dniu egzaminu wymyśliłem niegodny podstęp.
Najpierw odczekałem na giełdzie do czasu, kiedy dziewięciu nieboraków
wypadło z hukiem mając oczywiście dwóje, a częściowo pały. I wtedy
wszedłem. Profesor był kłębkiem rozpaczy i jeszcze bardziej groźny niż
zwykle. Nim powiedział cokolwiek uprzedziłem Go: „Wyobrażam sobie jak
Pan musi to przeżywać stawiając tyle ocen niedostatecznych. Może ja
przyjdę za chwilę, a Pan Profesor odpocznie?”. Profesor spojrzał na
mnie z wyraźnym zdumieniem i powiedział: „Pierwszy raz od dawna ktoś po
ludzku zareagował na to, co się dzieje. Ci idioci myślą, że sprawia mi
przyjemność stawianie dwój. Dziękuję, że Pan dostrzegł ile zdrowia mnie
to wszystko kosztuje. Tam leżą kartki z zadaniami (leżało ok. 60 zadań)
niech Pan sobie wybierze co chce a ja trochę odpocznę”. Uczciwie muszę
powiedzieć, że dwa razy sprawdzałem wszystkie, aż z trudem znalazłem
pytania, na które mogłem cokolwiek odpowiedzieć. Po jakimś czasie
Profesor sprawdził i powiedział mniej więcej tak: „O widzę, że na Panu
się nie zawiodłem, mogę postawić 3+ ale proponuję Panu, że zadam
jeszcze jedno proste pytanie i wtedy z przekonaniem postawię Panu 4”.
Wiedziałem, że nie odpowiem już w tym momencie nawet na pytanie, kiedy
się urodziłem, wic poprosiłem, żeby zostało tak jak jest. Ta przygoda
uzmysłowiła mi, że pod zewnętrzną, groźną powłoką, kryło się w
Profesorze wielkie serce i dobroć, której nie dawaliśmy szans na
promieniowanie pełnym blaskiem.
Anegdota z innej beczki. W 1956 roku cała
Politechnika kipiała od rewolucyjnych nastrojów. Studenci byli kochani
przez wszystkich, a szczególnie przez klasę robotniczą FSO na Żeraniu,
bo nieśli ze sobą młodość, czystość intencji, spontaniczność, i
stanowili szansę na sukces rewolucji rodzącej się w sercach, głowach i
czynach. Przywódcą robotników na Żeraniu był legendarny Goździk. Na
Politechnice Warszawskiej działało wówczas kilkadziesiąt komitetów
rewolucyjnych o różnych orientacjach politycznych i różnych wpływach
(małych, dużych i nijakich). Byłem szefem jednego z nich z całkowitą
wiarą, że ja i moi koledzy zbawimy świat. Dnie i noce wypełniały
dyskusje i zażarte spory o świetlaną przyszłość. Dużo alkoholu,
atmosfera gęsta również od dymu papierosów i ostre dążenie do wolnych
wyborów z hasłem „Tymanowski i Lasota do Sejmu”. Nastał czas wielkiego
października, demonstracji ulicznych, wiecznych utarczek z milicją i
niezwykłych, wymyślnych inwektyw rzucanych ze wszystkich możliwych
okien na placu Politechniki w kierunku ponurych formacji ZOMO
otaczających studentów.
Do dzisiaj pamiętam prezent w postaci łusek od kul,
który przywiozła do mojego komitetu rewolucyjnego delegacja z
walczącego Budapesztu. Pamiętam również opowiadanie uciekiniera z
łagrów syberyjskich, któremu pijany żołdak obciął piłą do ścinania
drzew nogę za zbyt wolną pracę.
W październiku 1956 roku byłem w auli Politechniki
Warszawskiej na słynnym wiecu – na którym miał przemawiać właśnie
legendarny Goździk – niezwykły trybun ludowy. Kilkadziesiąt tysięcy
studentów na galeriach, krużgankach i wokół Politechniki chcących
jednocześnie wykrzyczeć swój protest przeciwko władzom i ustrojowi.
Zdawało się, że wystarczy mała iskierka, żeby ta rozpacz rozlała się na
ulice i gołymi rękami zaatakowała milicję i ZOMO. Trwał burzliwy wiec w
oczekiwaniu na delegację robotników z Żerania. Coś mnie podkusiło żeby
się ustawić w kolejce do mównicy. Sala i zebrani decydowali kto może
przemawiać i jak długo. Zwykle po pierwszym zdaniu dla słuchających
gorących głów było już wszystko jasne. Jeżeli te kilka słów się nie
podobały delikwent był spędzany z trybuny gwizdami, krzykiem i
tupaniem. Prawa rewolucji były bezwzględne i okrutne. Kolejka posuwała
się do przodu szybko, bo prawie wszyscy zabierający głos byli
natychmiast wytupywani. Zlany potem czekałem na swoją egzekucję.
Przestałem myśleć o tym, co chciałem powiedzieć – wiedziałem, że o
wszystkim zdecyduje pierwsze zdanie. I w końcu ta chwila. Nic nie widzę
przed sobą, pełna pustka w głowie i ta sekunda kompletnej ciszy przed
nieuchronnym wyrokiem. Mówię coś w tym stylu: „Koleżanki i Koledzy! Nie
chcemy wolności przyniesionej na bagnetach rosyjskich żołnierzy”. I
nagle stał się cud – wielkie brawa i krzyki: „niech mówi dalej”. Potem
zdaje się poszło mi jednak dużo słabiej. Ale to jedno zdanie było jak
należy.
Po jakimś czasie przyszedł Goździk i zaczął
przemawiać. Co chwilę przerywano mu owacjami na stojąco a on mówił i
mówił podtrzymując płomienie rewolucji.
Roman Nowicki
Gdy rozum śpi ...
Ameryka do dzisiaj nie może otrząsnąć się z piętna
czasów McCarthy’ego. Na oczach całej Ameryki i świata lawinowo toczyły
się sprawy urągające sprawiedliwości, zdrowemu rozsądkowi i zwykłej
ludzkiej przyzwoitości. Żądne sensacji „wolne i demokratyczne” media
nakręcały spiralę polowań na czarownice. Po latach inspiratorzy i
główni aktorzy tych wydarzeń pochowali się w mysie nory, ale plama na
amerykańskiej demokracji pozostała na zawsze.
Wildstein rozpętał bezkarnie piekło pomówień i
podejrzeń. Dzisiaj zwolennicy tych działań mówią, że można przecież
bronić dobrego imienia przed sądami powszechnymi. Podobnie mówiono w
czasach hańby w Ameryce. Pomijając wszystko, nawet dzieci, wiedzą, że
sądy w Polsce są niewydolne, każda sprawa ciągnie się latami, brakuje
sędziów i pieniędzy – odesłanie pokrzywdzonych do sądów jest jawną
kpiną z obywateli. Do tego wszystkiego większość osób znajdujących się
na listach Wildsteina nie uzyska statusu pokrzywdzonych bo nie była
aktywnie zaangażowana w opozycji. Z czym więc do sądu? Sami nie będą
mieli dostępu do swoich akt więc jak i przed czym się bronić? Ostatnie
pomysły, rodem z IPN, żeby rozszerzyć powszechną lustrację na radnych,
wójtów, burmistrzów prezydentów miast, rektorów, dyrektorów szkół
podstawowych, popierane przez niektóre partie prawicowe, zdają się
potwierdzać, że rozum śpi i budzą się demony.
Tego koła już nie zatrzyma chyba nikt. Pozostaje
jedynie pamiętać, kto ten los zgotował: którzy dziennikarze (z
Wildsteinem na czele), które media, którzy naukowcy i politycy. Wszyscy
oni muszą wiedzieć, że nie uda się tym razem uciec od odpowiedzialności
i udawać głupa jak nadejdą normalne czasy za 2 może 3 lata.
Roman Nowicki
Maccartyzm, kierunek w polityce
wewnętrznej USA w 1. połowie lat 50. XX w.; zainicjowany w atmosferze
zimnej wojny przez senatora J.R. McCarthy'ego, miał na celu
przeciwstawienie się rzekomej infiltracji komunistycznej amerykańskiego
aparatu władzy i środowisk opiniotwórczych; wsparty przez prezydenta H.
Trumana (Internal Security Act z 1950), wyraził się w działalności
skierowanej przeciwko personelowi instytucji państwowych (zwłaszcza
Departamentów Stanu i Obrony), armii, osobistościom życia politycznego,
kulturalnego oraz intelektualistom, oskarżanym o sprzyjanie komunizmowi
(a w zasadzie o jakąkolwiek lewicowość); potępienie 1954 przez Senat
działalności McCarthy'ego położyło kres maccartyzmowi

Komentarz: Polityczny bałagan, złe prawo i
szkodliwa konkurencja
BUDOWNICTWO
MIESZKANIOWE –
POLSKI SKANDAL
Świeżo opublikowane badania Światowego Forum
Ekonomicznego i dane GUS o wynikach i nastrojach w budownictwie za trzy
kwartały nie dają podstaw do optymizmu. W corocznie publikowanym
rankingu Światowego Forum Polska znalazła się na 60 miejscu w grupie
104 ocenianych krajów. Zaledwie w ciągu jednego roku spadliśmy o 15
pozycji. Jesteśmy na ostatnim miejscu w Europie w ocenie potencjalnych
inwestorów. Polityczny bałagan, przedwyborczy populizm prawie
wszystkich partii politycznych przynoszą pierwsze smutne żniwo. Okazuje
się, że w atmosferze polowań na czarownice, pomówień i donosów,
korupcja i bałagan prawny rozwijają się jak nigdy dotąd. Ciekawe jest
przy tym, że jeszcze rok temu inwestorzy uważali, że w Polsce
największe zagrożenie stanowią wysokie podatki i nieprzewidywalna
zmienność warunków inwestowania. W tym roku obawy te są ciągle
aktualne, ale zdecydowanie na plan pierwszy wysuwa się „niesprawnie
działająca władza”. Mówiąc prostym językiem, oznacza to przewlekłość w
wydawaniu decyzji, brak przejrzystych reguł w funkcjonowaniu
administracji gospodarczej, asekuracja urzędnicza posunięta do granic
absurdu itp. Każdy każdego się boi i woli nic nie robić, co gwarantuje
mu długie i szczęśliwe życie w strukturach administracji.
W ostatnich miesiącach pojawił się niespodziewanie
nowy problem. Badania GUS wykazują ustawicznie, że na czele wszystkich
barier wymienianych przez przedsiębiorców jest „konkurencja”.
Początkowo budziło to zdziwienie, wszak istotą kapitalizmu jest
konkurencja. Wkrótce się jednak okazało, że chodzi o powszechną,
niszczącą, nieuczciwą konkurencję. W majestacie prawa większość
przetargów wygrywają firmy nastawione z góry na różnego typu przekręty.
Z materiałów otrzymanych z Lublina wynika, że na 14 przetargów 10
wygrały przedsiębiorstwa, które przedstawiły oferty o 60 – 70% niższe
niż to wynikało z kosztorysu inwestorskiego. Żadna szanująca się firma
nie mogła takiej propozycji złożyć. Wygrywają często firmy nastawione z
góry na przestępczą działalność, a dobre giną. Nawiasem mówiąc w
trakcie budowy przy pomocy łapówek i różnych forteli wszystko wraca do
normy i inwestycja kosztuje ile miała kosztować albo więcej.
Ginie etos dobrej pracy. Padają uczciwi. Kwitnie kult cwaniactwa.
Inny kwiatek z łączki inwestycyjnej. Wszystkie kraje
europejskie traktują budownictwo mieszkaniowe jak „koło zamachowe”
gospodarki przeznaczając na ożywienie popytu odpowiednie środki
publiczne. Jest sprawdzone, że do budżetu więcej wraca podatków niż się
wydaje na pobudzenie rynku. Przybywa tanich miejsc pracy, ogranicza się
patologie społeczne. U nas znowu jest tak samo tylko inaczej.
Kolejne rządy od wielu lat ograniczają nakłady
budżetowe na sferą mieszkaniową. Polski budżet na 2005 r. przeznaczy na
sferę mieszkaniową mniej niż 0,1 proc. PKB (w Europie średnio 10 – 15
razy więcej). Brakuje 1,5 miliona mieszkań, ale niszczy się struktury i
organizacje – zlikwidowano Ministerstwo Budownictwa, Urząd
Mieszkalnictwa i Rozwoju Miast oraz specjalistyczną Komisję Budownictwa
w sejmie. W efekcie mamy zalew złych ustaw, które hamują rozwój
inwestycji. Prawo regulujące procesy inwestycyjne zostało dotknięte
chorobą wściekłych paragrafów.
Weźmy inny przykład. Wbrew doświadczeniom europejskim wprowadzono
bardzo wysoki podatek VAT, osłabiający popyt wewnętrzny i opóźniający
rozwój gospodarczy. Od 1 maja 2004 r. miały wejść w życie przepisy
dotyczące zwrotu nadwyżki podatku VAT dla indywidualnych inwestorów
budujących własne mieszkania. Do dzisiaj nie ma tych przepisów.
Podobnie rząd obiecywał wprowadzenie na wzór innych krajów europejskich
pojęcia społecznego budownictwa mieszkaniowego do ustawy o podatku VAT.
Dla tego rodzaju budownictwa UE w Dyrektywie VI dała możliwość
stosowania „obniżonej” stawki podatku VAT. W Polsce ze względu na braki
mieszkaniowe (1,5 gospodarstw domowych nie ma odrębnych mieszkań), całe
budownictwo nadaje się do objęcia definicją budownictwa społecznego i
mogliśmy z łatwością zastosować w tym obszarze podatek np. 5 proc. Nic
takiego się nie stało, pojęcie budownictwa społecznego do dzisiaj nie
funkcjonuje w polskim prawie. W efekcie znaleźliśmy się na ostatnim
miejscu w Europie we wszystkich wskaźnikach dotyczących budownictwa
mieszkaniowego.
Nie chciałbym być złym prorokiem, ale jak tak dalej
pójdzie wkrótce zacznie spadać tempo naszego rozwoju gospodarczego i
żaden polityk nie będzie się chciał przyznać do winy za ustawiczne
psucie gospodarki.
Roman Nowicki
Kongres Budownictwa Polskiego
Warszawa, 27 marca 2004 roku
Do moich kolegów i przyjaciół
w Kole SLD „Gocław”
W SLD należałem do grupy osób walczących o nowe
oblicze polskiej lewicy i o nowy kształt polityki mieszkaniowej. Przez
kilka lat napisałem wiele artykułów, przygotowałem kilka programów
mieszkaniowych, występowałem publicznie w sprawach naprawy SLD. Z
przykrością stwierdzam, że rezultaty tych starań były niewielkie. Coraz
częściej prywata brała górę nad interesem publicznym, afera goniła
aferę, systemy wyborcze sprzyjały tworzeniu nieformalnych powiązań,
trwała negatywna selekcja, ogniwa terenowe nie miały żadnego wpływu na
decyzje strategiczne partii, szeregowi członkowie przestali być
potrzebni, narastały powiązania wielu działaczy terenowych z ludźmi i
organizacjami działającymi na krawędzi prawa lub wręcz poza prawem. SLD
nie udzielił wsparcia i nie dał szans na konfrontację z rządem poglądów
np. w sprawie podatku VAT i programów mieszkaniowych. Odrzucanie innych
niż własne poglądy stało się regułą. Tysiące członków SLD w cichym
proteście opuściło szeregi partii. Tylko część z nich, z przyczyn
wyraźnie koniunkturalnych zapisała się do PO i Samoobrony. Wydawało
się, że procesu destrukcji SLD nie można w żaden sposób powstrzymać.
Reformy były połowiczne i kończyło się zazwyczaj na deklaracjach.
Kierownictwo partii nie zdawało sobie sprawy z głębokości kryzysu i nie
było w stanie lub nie chciało podjąć radykalnych działań naprawczych.
Rozgrywki na szczytach władzy powodowały naturalne w tych warunkach
skłonności do szukania poparcia u „baronów” i w strukturach
podstawowych. Była to główna przyczyna „konserwowania” negatywnych
układów w terenie. I tak koło się zamykało. Ludzie dążący do zmian ale
trwale związani z lewicą, nie mieli dla siebie alternatywy.
Niezależnie od możliwej krytyki, powstanie
Socjaldemokracji Polskiej, załatwiło to, czego wielu z nas nie mogło
osiągnąć. Ustąpił rząd, zapowiedziano bardzo głębokie reformy w SLD,
zaczęła się rzeczywista, a nie pozorowana weryfikacja władz partii na
wszystkich szczeblach, zapowiedziano powrót do wartości lewicowych.
Powstała w sumie realna szansa, że szeroko rozumiana lewica nie
przegra wszystkiego, że ludzie związani na dobre i na złe, z tą
formacją odzyskają wiarę w możliwości naprawy, że dbając o rozwój
gospodarki, nie zapomnieliśmy o dramatycznej biedzie wielu polskich
rodzin i największej w Europie bezdomności. Lewica jest tylko jedna,
niezależnie od tego gdzie poświęcimy jej swój czas i marzenia o lepszym
świecie.
Podając powyższe, chcę poinformować członków mojego
Koła SLD, że ze względu na możliwość realizacji celów, o których
napisałem wcześniej postanowiłem wystąpić z SLD i zapisać się do SDPL.
Chciałbym wyrazić nadzieję, że to rozstanie będzie miało charakter
czysto formalny, bo dalej serca mamy po lewej stronie i razem chcemy
naprawiać to, o zostało zniszczone.
Z wyrazami szacunku,
Roman Nowicki

Polemika - Cofnęliśmy się o 50 lat
Ciężkie błędy polityków
(Trybuna 6 VIII 2003)
Dobrze się stało, że Trybuna zamieściła obszerny wywiad z Markiem
Bryxem prezesem Urzędu Mieszkalnictwa i wiceministrem infrastruktury
(31.07.2003). Dobrze bo jest nareszcie możliwość podjęcia dyskusji w
sprawach zasadniczych dla mieszkalnictwa. Sam tytuł wywiadu "Mieszkanie
musi być towarem" określa wyraźnie liberalną doktrynę z jaką podchodzi
się w Polsce do spraw mieszkaniowych.
Jest to dosyć unikatowy w Europie punkt widzenia. Większość krajów
europejskich, dodajmy krajów o długiej historii realnego kapitalizmu
prowadzi społeczno-rynkowe polityki mieszkaniowe a my pod przemożnym
wpływem kolejnych ministrów finansów właśnie twardą rynkową politykę.
W swoim wywiadzie pan Bryx, powołując się na moje nazwisko, kilka razy
używa sformułowania, że to i owo "tłumaczył panu Nowickiemu", sugerując
że nie dało to żadnych rezultatów. Myślę, że
BĘDZIE MI WYBACZONE
jeżeli posłużę się tą samą stylistyką.
Otóż w trakcie tych spotkań ja z kolei tłumaczyłem panu Bryxowi, że
mieszkania są tak drogim i szczególnym towarem, do którego muszą mieć
dostęp również rodziny mało i średnio zarabiające oraz młode rodziny
startujące w dorosłe życie, że do tego "towaru" nie wolno stosować
reguł niewidzialnej ręki rynku i głosić hasła że jak w gospodarce
będzie lepiej, to problem mieszkaniowy sam się rozwiąże.
Tłumaczyłem również, że wielu ekonomistów uważa, że rozwój budownictwa
mieszkaniowego przynosi wyraźne zyski dla budżetu z różnego rodzaju
podatków. W każdym bądź razie wpływy z tego sektora przewyższają
wydatki na instrumenty finansowego wspierania popytu. Niezależnie
jednak od tego, że uruchamianie środków publicznych na ten cel przynosi
bezpośrednie zyski, rozwój budownictwa mieszkaniowego jest źródłem
najtańszych z możliwych miejsc pracy i daje perspektywy młodemu
pokoleniu na godne życie ogranicza patologie społeczne.
Kraje kapitalistyczne wiedząc, że mieszkania są bardzo drogim towarem
niedostępnym dla wielu rodzin w normalnych regułach gry rynkowej
STOSUJĄ JEDNOCZEŚNIE
wiele instrumentów i systemów dających szanse biedniejszej części
społeczeństwa Należą do nich min.:
- subsydia budowlane, występujące w postaci dopłat ze
środków budżetu państwa do każdego mieszkania, z reguły przeznaczonego
do wynajmu, a budowanego przez organizacje mieszkaniowe typu "non
profit";
- subsydia procentowe, polegające na pokrywaniu ze
środków budżetu państwa części rynkowego oprocentowania mieszkaniowych
kredytów hipotecznych;
- premie z tytułu wieloletniego oszczędzania na
mieszkanie, w systemie kas oszczędnościowo - pożyczkowych;
- ulgi podatkowe z tytułu poniesionych wydatków na
budowę, względnie kupno, remont lub modernizację mieszkania;
- dopłaty energetyczne, pokrywające częściowe koszty
przedsięwzięć prowadzących np. do zaoszczędzenia energii cieplnej w
mieszkaniu i tp.
W Polsce
TYLKO UDAJEMY,
że chcemy podobnie te problemy rozwiązywać. Nie można głosić haseł o
wielkim programie mieszkaniowym i jednocześnie ciągle powracać do idei
zwiększania podatku VAT i ograniczenia środków publicznych na te cele.
Podczas tych spotkań z M. Bryxem tłumaczyłem również mój punkt
widzenia, że fakt, iż Polska jest na kompromitującym ostatnim miejscu w
Europie w "zaspakajaniu potrzeb mieszkaniowych" to wynik ciężkich
błędów naszych polityków a nie złej sytuacji gospodarczej. W części
jest to wynik również takich a nie innych poglądów jakie prezentuje pan
Bryx.
Świetnym przykładem jak punkt siedzenia może zmienić punkt widzenia
jest podatek VAT.
KAŻDE DZIECKO WIE,
że jest to podatek cenotwórczy i że niezależnie od różnego typu
odliczeń po drodze, ktoś go musi w końcu zapłacić. Zwykle jest to
obywatel, który kupuje usługę lub towar. Przy obecnym, słabym rynku,
wprowadzenie tego podatku na materiały budowlane, działki i w
perspektywie na usługi i na mieszkania jest prawdziwym nieszczęściem bo
musi wywołać zwyżkę cen gotowych mieszkań i budownictwa indywidualnego.
Rząd zdawał sobie z tego w pełni sprawę i dlatego ustami Premiera
zapewnił, że dla budujących indywidualnie w systemie gospodarczym
różnica podatku VAT za materiały budowlane w wysokości 15% będzie
zwracana budującemu mieszkanie. M. Bryx w ogóle już do tego tematu nie
wraca w wywiadzie tworząc zupełnie nowe konstrukcje myślowe jakby
przygotowując grunt do kolejnej zmiany stanowiska przez rząd. Na
pytanie redaktora "mówi się jednak że po podwyżce VAT mieszkania
zdrożeją nawet o 10-15 proc." Pan Bryx odpowiada "bzdura".
Warto przypomnieć zatem niektóre sformowania z ekspertyzy pana prof. M.
Bryxa, przygotowanej przed objęciem przez niego stanowiska prezesa
Urzędu Mieszkalnictwa ( wrzesień 2000 rok):
"Łączny popyt na mieszkania w skali kraju przy stawce VAT wyższej niż
7% zmniejszy się. W przypadku kumulacji negatywnych decyzji (likwidacja
ulg podatkowych) rynek ulegnie załamaniu."; " Rynek mieszkaniowy w
Polsce jest płytki. Państwo nie powinno go osłabiać, lecz utrwalać i
rozwijać. Niestety taki program działań nie istnieje, co potwierdza
próba wprowadzenia w budownictwie mieszkaniowym stawki VAT wyższej niż
najwyższa w krajach Unii Europejskiej."; "Przedstawiona analiza
wybranych, ważnych obszarów oddziaływania nowej stawki VAT pokazuje, że
przy zaprezentowanych, realistycznych założeniach, po jej wprowadzeniu
budżet państwa może stracić 1.7mln. zł."
Aż 13 z 15 krajów Unii Europejskiej ma niższy podatek podstawowy VAT
niż Polska. Biedniejsze kraje z tej grupy wręcz programowo obniżały ten
podatek, żeby zwiększyć popyt wewnętrzny i przyspieszyć rozwój
gospodarczy. Regułą stało się we wszystkich krajach UE stosowanie
ulgowego podatku VAT w szeroko pojętym budownictwie mieszkaniowym.
Polska z wielkim opóźnieniem i niechęcią zgłosiła propozycje w tym
obszarze i do tego w ogóle nie wystąpiła o ulgowy VAT na materiały
budowlane, usługi geodezyjne i usługi projektowe. Na ile te sprawy dla
Europy kapitalistycznej są ważne niech świadczy fakt, że ostatnio
obradowała wiele miesięcy Komisja Europejska wyłącznie nad dalszym
ujednoliceniu polityki w sprawie "ulgowego" VAT-u. Polska w obszarze
budownictwa nie zgłosiła żadnych dodatkowych propozycji a fakt obrad
komisji w tych sprawach
BYŁ UTAJNIONY
przed opinią publiczną.
Odrębna sprawa, którą starałem się wytłumaczyć panu Bryxowi, był
problem kas budowlanych. Nie ma możliwości znaczącego rozwoju
budownictwa mieszkaniowego bez środków prywatnych ludności. Dodajmy bez
prywatnych pieniędzy niebogatych rodzin. Kasy budowlane, które
próbowaliśmy wdrożyć w Polsce, były wzorowane na prawie stuletnich
doświadczeniach europejskich. Nieprawdą jest więc stwierdzenie pana
Bryxa, że "kasy mieszkaniowe, które wymyślono (!) w 1997 r. bazowały na
bardzo wysokich dotacjach budżetowych" . Nie mieszkaniowe a budowlane,
nie wymyślono w 1997 roku a kilkadziesiąt lat wcześniej. Natomiast
"dotacje" z budżetu były prawie takie same, jak w kompletnie nieudanych
kasach rządowych (dopłata w postaci ulgi budowlanej a więc zaniechanie
wpływów z podatków dla budżetu to w praktyce to samo co "dotacja").
Problem dopłaty budżetu do kasy czy do podatnika nigdy bezpośrednio nie
istniał - cały czas deklarowaliśmy możliwość odpowiedniej zmiany zapisu
w ustawie. Ówczesny wicepremier i minister finansów w
SPOSÓB AROGANCKI
odrzucił wszystkie propozycje spotkania z autorami ustawy. Niech więc
pan Bryx nie używa demagogicznych argumentów. W efekcie jest tak, że
domorosłe kasy mieszkaniowe z dopłatami w postaci ulg budowlanych
przyniosły klęskę (ok. 70 tysięcy rachunków i 30 tysięcy kredytów). W
czterokrotnie mniej liczebnych Czechach w kasach budowlanych takich
samych jak chcieliśmy wprowadzić w Polsce w 1997 roku powstało ok. 5
milionów rachunków i udzielono 1,5 miliona kredytów.
Wbrew temu, co mówi pan M. Bryx, szeroko reklamowany kredyt z ulgą
odsetkową ma bardzo małe jak dotychczas powodzenie i nigdy nie zastąpi
ulg budowlanych, remontowych i kas budowlanych. (dotychczas udzie4lono
niewiele ponad 50 kredytów a nie jak podaje się w wywiadzie 100-200).
W ostatnich latach cofnęliśmy się w budownictwie mieszkaniowym o
pięćdziesiąt lat do tyłu, znieśliśmy ulgi budowlane i chcemy
zlikwidować ulgi remontowe, chcemy podnieść podatek VAT w budownictwie,
praktycznie zlikwidowaliśmy dużą część zaplecza naukowo-badawczego,
zlikwidowaliśmy ministerstwo budownictwa, chcemy zlikwidować urząd
mieszkalnictwa, zlikwidowaliśmy sejmową komisję budownictwa,
ograniczyliśmy do absurdu wydatki ze środków publicznych na sferę
mieszkaniową ( w relacji do PKB), skutecznie likwidujemy budownictwo na
wynajem, budownictwo spółdzielcze i komunalne, nie mamy żadnego
średniookresowego, rządowego programu mieszkaniowego. Czy kogoś w tych
warunkach dziwi, że Polska jest na ostatnim miejscu w Europie jeżeli
chodzi o efekty mieszkaniowe? W nielicznych, nie z naszej winy,
rozmowach tłumaczyłem ten pogląd panu M. Bryxowi - jak widać bez
widocznego rezultatu. Każdy pozostał przy swoim. A skutki są jakie są.
Roman Nowicki
Przewodniczący Stałego
Przedstawicielstwa Kongresu
Budownictwa Polskiego
Tytuły pochodzą od redakcji
|