WSPOMIENIE
GOŹDZIK NA POLITECHNICE WARSZAWSKIEJ
    Minęło ponad 50 lat a do dzisiaj noszę w sobie wspomnienia wiecu, który się odbył w 1956 roku na Politechnice Warszawskiej. Wcześniej na tej największej uczelni w Polsce powstawały jak grzyby po deszczu mniejsze i większe „komitety rewolucyjne”, w których wrzało od rana do nocy. Wierzyliśmy, że można zmienić świat na lepsze i wyzwolić kraj od tyranii.
    Sam wiec był niezwykły. Kilkadziesiąt tysięcy studentów w wielkiej auli Politechniki, na dziedzińcu i na wszystkich przyległych placach i ulicach. Temperatura zgromadzenia i emocje osiągały szczyt. W każdym momencie groził potężny niekontrolowany wybuch. Władza otoczyła cały teren szczelnymi kordonami ZOMO gotowymi do brutalnej interwencji.
    Wiec w gorączce czekał na przybycie legendarnego Goździka, który miał wygłosić ważne przemówienie. W międzyczasie organizatorzy dopuścili do nieplanowanych wystąpień zgłaszających się z sali studentów. Natychmiast ustawiła się kolejka przy mównicy. Pierwsze zdania zabierających głos były kluczowe. Jeżeli nie podobało się, mówca natychmiast, bez pardonu był wygwizdany i wytupany. Ja zacząłem: ” Nie chcemy wolności przyniesionej na bagnetach rosyjskich……”. Sala zaakceptowała - mogłem dokończyć. Emocje były tak ogromne, że niewiele pamiętam szczegółów. Aula Politechniki z przyległościami wrzała, antyrządowe hasła, okrzyki, gwizdy, rewolucyjne śpiewy. Wydawało się, że nikt i nic nie jest w stanie opanować tego żywiołu, że za chwilę wszyscy wylegną na ulicę i dojdzie do masakry. Nigdy nie zapomnę momentu, kiedy w tej piekielnej atmosferze Goździk pojawił się na trybunie. Na pierwszy rzut oka nic szczególnego. Robotnik z FSO zewnęcznie niczym niewyróżniający się z tłumu. A jednak stało się coś niepojętego. Kilkadziesiąt tysięcy studentów wyraźnie czekało na to wystąpienie. Nastała cisza przerywana aprobującymi okrzykami i brawami. W przemówieniu była prawda i siła, była pasja i wola walki, była prosta mądrość, niezależność i marzenia o wolnej Polsce. Prostymi słowami potrafił wyrazić to, co czuło większość Polaków i kilkadziesiąt tysięcy zgromadzonych na wiecu studentów. Był słuchany z uszanowaniem i ze łzami w oczach.
    Roman Nowicki


Logo Gazeta Stołeczna
Artykuł Poszukiwanie Świadków


BYŁO I TAK - UCIĘTA NOGA

    W 1956 roku na Politechnice Warszawskiej działało zatrzęsienie komitetów i komitecików rewolucyjnych. Wszystkich łączyła czysta i spontaniczna nienawiść do rzeczywistości, a dzieliło wszystko pozostałe. Były żarliwe dyskusje i całonocne spory o drogi naprawy. Była kawa, dym papierosów, poker, miłosne uniesienia i ciągłe poszukiwania czwartego do brydża. Były przemówienia, kłótnie i manifesty polityczne, a potem w 1957 roku walka o wolne wybory do sejmu i hasła: TYMANOWSKI I LASOTA DO SEJMU.
    Do naszego niewielkiego i nie najważniejszego Komitetu Rewolucyjnego, który współtworzyłem, między innymi należeli: Witek Sienkiewicz , Rysiek Rządzki, Paweł Żuber Krysia Miszczak, Ala Przeździecka ( Sienkiewicz ) i Bogdan Kulawik. Siedziba mieściła się w akademiku przy ulicy Uniwersyteckiej. Był to czas wielkiej wspólnoty warszawskich robotników i studentów. Dla ułatwienia naszej działalności politycznej związanej z wyborami do sejmu, wypożyczono nam z jakiegoś przedsiębiorstwa samochód osobowy, który niestety w jakimś starciu z przeciwnikami politycznymi doznał poważnych obrażeń. Trochę później uznaliśmy, że szczytem sojuszu robotniczo studenckiego było jednak podarowanie nam przez zakłady monopolowe dwóch wielkich waliz wódki i spirytusu dla reklamy tych szlachetnych trunków zagranicą (w 1956 roku założyliśmy Studencki Klub Fata Morgana i niedługo potem wyjechaliśmy na wakacje do pracy we Francji. Był to chyba pierwszy po wojnie tak masowy i spontaniczny wyjazd zagraniczny studentów Przełamaliśmy jakieś kolejne bariery.). Nie muszę przekonywać, że do tej reklamy na terenie Francji przykładaliśmy się ze szczególną starannością.
    Wracając do 1956 roku ciągle mamy w pamięci delegację z Budapesztu, która przywiozła nam łuski po kulach wystrzelonych przez okupantów rosyjskich do bohaterskich mieszkańców stolicy Węgier. Były łzy, zaklęcia o wiecznej przyjaźni i były toasty: „Polak, Węgier dwa bratanki…..”. I w końcu inny niezapomniany moment, kiedy do pełnego dymu papierosowego pokoju w akademiku przy ul. Uniwersyteckiej 5 przyszedł, wsparty na kulach, starszy człowiek bez jednej nogi. Ogorzały, mocny, ale z widocznym brzemieniem tragedii na barkach. Namawiając do wytrwałości w walce opowiedział swoją straszną historię. Pracował na Syberii w łagrach przy wycince Tajgi. Któregoś dnia jeden z pilnujących żołdaków uznał, że się leni. Razem z kamratami powalili go na ziemię, nogę położyli na świeżo ściętym pieńku i ucięli piłą spalinową. Były i takie momenty w tym pamiętnym 56 roku.

Roman Nowicki



SERWIS ZDJĘĆ

Marszałek Senatu Longin Pastusiak i Przewodniczący Komisji Infrastruktury Janusz Piechociński spotkali się z uczestnikami wiecu. Szczególnie przypadły im do gustu „domki dla bezdomnych” wybudowane przez studentów Akademii Sztuk Pięknych, Uniwersytetu Warszawskiego i Politechniki Warszawskiej. Karykatury Jacentego Frankowskiego wywoływały gorzką zadumę nad indolencją rządzących.

Zdjęcie z happeningu

Zdjęcie z happeningu

Zdjęcie z happeningu

Zdjęcie z happeningu

Zdjęcie z happeningu

Zdjęcie z happeningu

Zdjęcie z happeningu

Zdjęcie z happeningu

Zdjęcie z happeningu

Zdjęcie z happeningu

Zdjęcie z happeningu

Zdjęcie z happeningu

Zdjęcie z happeningu

Zdjęcie z happeningu

Zdjęcie z happeningu

Zdjęcie z happeningu