|
KULISY
MĄDROŚĆ I MANIPULACJE KOŚCIOŁA
Od moich pierwszych wyborów parlamentarnych upłynął
szmat czasu, można więc już przypomnieć niektóre fakty, dokumenty i
anegdoty z tych trudnych czasów politykowania. Dzisiaj publikuję list,
który obrazuje, że niewiele się zmieniło przez te lata w nachalnej
agitacji wyborczej Kościoła. W ogóle niewiele się zmieniło przez te
kilkanaście lat, a jeżeli to na gorsze niestety. Partie polityczne
przypominają sobie o wyborcach raz na cztery lata, a pozostały czas
spędzają na niekończących się walkach frakcyjnych, wojnach podjazdowych
i opluwaniu rzeczywistości. Sposób stanowienia prawa w parlamencie
budzi w ostatnich latach zgrozę, o czym bez przerwy przypominają
Trybunał Konstytucyjny i wielkie organizacje pozarządowe (Fundacja
Batorego, BCC, Kongres Budownictwa).
W 1993 roku zostałem posłem ziemi ostrołęckiej.
Coroczne rankingi miejscowych mediów dawały mi najwyższe lokaty. Nie
byłem i nie chciałem być pupilkiem partyjnych elit, nic więc dziwnego,
że w wyborach do sejmu w 1997 roku znalazłem się na listach wyborczych
na 22, przedostatnim miejscu, bez żadnych szans na sukces. Do tego
kampania prowadzona przez lidera listy nie dawała żadnych szans
pozostałym kandydatom. W ostatniej chwili wycofałem się więc i
wystartowałem samotnie w wyborach do Senatu. Przegrałem je w granicach
przyzwoitości. Wygrała pewna zupełnie nieznana kandydatka ale z
niezwykle silnym poparciem Kościoła. Trochę rozgoryczony, wystosowałem
w 1997 roku list do Biskupa, który publikuję po raz pierwszy:
Ku mojemu zaskoczeniu po tym dosyć przecież ostrym liście Biskup
zaprosił mnie na rozmowę, która odbyła się w bardzo życzliwej
atmosferze. Zaczął od stwierdzenia, że byłem najlepszym posłem w
historii ziemi ostrołęckiej i bardzo bliskim doktrynie chrześcijańskiej
(pomoc bezrobotnym, chorym dzieciom, bezdomnym). Podziękowałem uznając,
że pochwały są przesadzone, ale nie powiem żeby mi to nie pochlebiło.
Biskup zapytał się jak się czuję po przegranej, odpowiedziałem, że źle,
bo nikt nie lubi przegrywać. Z kolei zapytałem, dlaczego kościół mnie
nie poparł w wyborach oceniając bardzo wysoko moją dotychczasową
działalność. Biskup odpowiedział w sposób genialnie prosty, pokazując
istotę polityki: zapytał – proszę sobie wyobrazić, że poparliśmy pana i
wszedł pan do Senatu. Jest glosowanie nad konkordatem jakby się pan
zachował. Czując oczywisty podstęp zacząłem kluczyć: zastanowiłbym
się….. No widzi Pan, a wybrana z naszym poparciem osoba do Senatu nie
będzie się zastanawiała i zagłosuje jak należy. Prosta bolesna prawda,
ale prawda. Taka jest polityka. Nawiasem mówiąc bardzo ciepło do
dzisiaj wspominam Biskupa.
Roman Nowicki
BALCEROWICZ - BYŁO I TAK
Stawiając za życia pomniki L. Balcerowiczowi warto też pamiętać
o takim epizodzie. W czerwcu 1997 roku, po czterech latach żmudnych
dyskusji w sejmie, została ostatecznie przyjęta przez sejm i senat i
podpisana przez Prezydenta A. Kwaśniewskiego ustawa o kasach
budowlanych dla mało i średnio zarabiających rodzin, wzorowana na stu
letnich doświadczeniach europejskich. Byłem inicjatorem i współautorem
tego projektu. Zagorzałymi przeciwnikami ustawy byli niektórzy
prominentni politycy lewicy (Marek Borowski i Ryszard Bugaj, który
odrzucił wszystkie prośby o rozmowy merytoryczne i twierdził, że nie
ustawie, bo nie) no i oczywiście L. Balcerowicz. Warto dodać, że
wszyscy najwięksi i najznamienitsi posłowie prawicy byli w głosowaniach
za ustawą, a posłowie lewicy przesądzili ostatecznie pozytywny wynik
głosowania częściowo przez pomyłkę (kierujący głosowaniem podniósł rękę
nie wtedy, kiedy trzeba). Radość czekających na swoje szanse
mieszkaniowe była wielka, ale jak się okazało przedwczesna. Nikt bowiem
nie przypuszczał, że jeden człowiek przekonany o swojej nieomylności,
odważy się postawić ponad prawem, a mówiąc dosadnie brutalnie złamie to
prawo. Otóż L. Balcerowicz przez szereg lat po przyjęciu ustawy nie
wydawał jedynego potrzebnego przepisu wykonawczego blokując
definitywnie rozpoczęcie działalności kilku kas, które zaczęły się
organizować. W 2001roku rząd L. Millera, ukradkiem, zlikwidował
formalnie i ostatecznie ustawę o kasach budowlanych dla mało i średnio
zarabiających rodzin. Identyczne kasy budowlane w Europie rozwijają się
z wielkimi sukcesami, gromadząc setki miliardów EUR (!) na budowę i
remonty domów. Przykładowo: na SŁOWACJI otwarto w kasach 1,3 mln.
rachunków, w CZECHACH - 5,3 mln., na WĘGRZECH - 1,2 mln., w CHORWACJI -O,4 mln., w RUMUNIi- O,3 mln., w NIEMCZECH-35,0 mln., w AUSTRIA -5,0 mln. Warto
dodać, że Węgrzy podczas pobytu w polskim sejmie w 1994 roku otrzymali
nasz projekt ustawy o kasach budowlanych i w krótkim czasie kilku
miesięcy go uchwalili i wdrożyli, zapewne dlatego, że nie mieli swojego
Balcerowicza. Dzisiaj Węgrzy mają ok. 1,2 milionów rachunków w kasach
budowlanych i prawie 7 miliardów EUR prywatnych środków na budownictwo
i remonty mieszkań. A my jak zwykle toniemy w jałowych sporach drepcząc
w miejscu. Jak tu się dziwić, że Polska ciągle jest na ostatnim miejscu
w Europie prawie we wszystkich statystykach mieszkaniowych?
Roman Nowicki Kongres Budownictwa 10 maja 2010
DOŁOWANIE POLSKIEGO PRZEMYSŁU LOTNICZEGO (List Piaseckiego do Prezydenta L. Wałęsy) pytać? Co zrobisz jak ci odpowie nie? Więc zorganizowałem całą imprezę bez pytania.
Brudnopis artykułu.
poszukiwanieposzukiwanie 
WSPOMIENIE GOŹDZIK NA
POLITECHNICE WARSZAWSKIEJ
Minęło ponad 50 lat a do dzisiaj noszę w sobie
wspomnienia wiecu, który się odbył w 1956 roku na Politechnice
Warszawskiej. Wcześniej na tej największej uczelni w Polsce powstawały
jak grzyby po deszczu mniejsze i większe „komitety rewolucyjne”, w
których wrzało od rana do nocy. Wierzyliśmy, że można zmienić świat na
lepsze i wyzwolić kraj od tyranii.
Sam wiec był niezwykły. Kilkadziesiąt tysięcy
studentów w wielkiej auli Politechniki, na dziedzińcu i na wszystkich
przyległych placach i ulicach. Temperatura zgromadzenia i emocje
osiągały szczyt. W każdym momencie groził potężny niekontrolowany
wybuch. Władza otoczyła cały teren szczelnymi kordonami ZOMO gotowymi
do brutalnej interwencji.
Wiec w gorączce czekał na przybycie legendarnego
Goździka, który miał wygłosić ważne przemówienie. W międzyczasie
organizatorzy dopuścili do nieplanowanych wystąpień zgłaszających się z
sali studentów. Natychmiast ustawiła się kolejka przy mównicy. Pierwsze
zdania zabierających głos były kluczowe. Jeżeli nie podobało się, mówca
natychmiast, bez pardonu był wygwizdany i wytupany. Ja zacząłem: ” Nie
chcemy wolności przyniesionej na bagnetach rosyjskich……”. Sala
zaakceptowała - mogłem dokończyć. Emocje były tak ogromne, że niewiele
pamiętam szczegółów. Aula Politechniki z przyległościami wrzała,
antyrządowe hasła, okrzyki, gwizdy, rewolucyjne śpiewy. Wydawało się,
że nikt i nic nie jest w stanie opanować tego żywiołu, że za chwilę
wszyscy wylegną na ulicę i dojdzie do masakry. Nigdy nie zapomnę
momentu, kiedy w tej piekielnej atmosferze Goździk pojawił się na
trybunie. Na pierwszy rzut oka nic szczególnego. Robotnik z FSO
zewnęcznie niczym niewyróżniający się z tłumu. A jednak stało się coś
niepojętego. Kilkadziesiąt tysięcy studentów wyraźnie czekało na to
wystąpienie. Nastała cisza przerywana aprobującymi okrzykami i brawami.
W przemówieniu była prawda i siła, była pasja i wola walki, była prosta
mądrość, niezależność i marzenia o wolnej Polsce. Prostymi słowami
potrafił wyrazić to, co czuło większość Polaków i kilkadziesiąt tysięcy
zgromadzonych na wiecu studentów. Był słuchany z uszanowaniem i ze
łzami w oczach.
Roman Nowicki
W 1956 roku na Politechnice Warszawskiej działało
zatrzęsienie komitetów i komitecików rewolucyjnych. Wszystkich łączyła
czysta i spontaniczna nienawiść do rzeczywistości, a dzieliło wszystko
pozostałe. Były żarliwe dyskusje i całonocne spory o drogi naprawy.
Była kawa, dym papierosów, poker, miłosne uniesienia i ciągłe
poszukiwania czwartego do brydża. Były przemówienia, kłótnie i
manifesty polityczne, a potem w 1957 roku walka o wolne wybory do sejmu
i hasła: TYMANOWSKI I LASOTA DO SEJMU.
Do naszego niewielkiego i nie najważniejszego
Komitetu Rewolucyjnego, który współtworzyłem, między innymi należeli:
Witek Sienkiewicz , Rysiek Rządzki, Paweł Żuber Krysia Miszczak, Ala
Przeździecka ( Sienkiewicz ) i Bogdan Kulawik. Siedziba mieściła się w
akademiku przy ulicy Uniwersyteckiej. Był to czas wielkiej wspólnoty
warszawskich robotników i studentów. Dla ułatwienia naszej działalności
politycznej związanej z wyborami do sejmu, wypożyczono nam z jakiegoś
przedsiębiorstwa samochód osobowy, który niestety w jakimś starciu z
przeciwnikami politycznymi doznał poważnych obrażeń. Trochę później
uznaliśmy, że szczytem sojuszu robotniczo studenckiego było jednak
podarowanie nam przez zakłady monopolowe dwóch wielkich waliz wódki i
spirytusu dla reklamy tych szlachetnych trunków zagranicą (w 1956 roku
założyliśmy Studencki Klub Fata Morgana i niedługo potem wyjechaliśmy
na wakacje do pracy we Francji. Był to chyba pierwszy po wojnie tak
masowy i spontaniczny wyjazd zagraniczny studentów Przełamaliśmy jakieś
kolejne bariery.). Nie muszę przekonywać, że do tej reklamy na terenie
Francji przykładaliśmy się ze szczególną starannością.
Wracając do 1956 roku ciągle mamy w pamięci
delegację z Budapesztu, która przywiozła nam łuski po kulach
wystrzelonych przez okupantów rosyjskich do bohaterskich mieszkańców
stolicy Węgier. Były łzy, zaklęcia o wiecznej przyjaźni i były toasty:
„Polak, Węgier dwa bratanki…..”. I w końcu inny niezapomniany moment,
kiedy do pełnego dymu papierosowego pokoju w akademiku przy ul.
Uniwersyteckiej 5 przyszedł, wsparty na kulach, starszy człowiek bez
jednej nogi. Ogorzały, mocny, ale z widocznym brzemieniem tragedii na
barkach. Namawiając do wytrwałości w walce opowiedział swoją straszną
historię. Pracował na Syberii w łagrach przy wycince Tajgi. Któregoś
dnia jeden z pilnujących żołdaków uznał, że się leni. Razem z kamratami
powalili go na ziemię, nogę położyli na świeżo ściętym pieńku i ucięli
piłą spalinową. Były i takie momenty w tym pamiętnym 56 roku.
Roman Nowicki
SERWIS ZDJĘĆ
Marszałek Senatu Longin Pastusiak i Przewodniczący Komisji
Infrastruktury Janusz Piechociński spotkali się z uczestnikami wiecu.
Szczególnie przypadły im do gustu „domki dla bezdomnych” wybudowane
przez studentów Akademii Sztuk Pięknych, Uniwersytetu Warszawskiego i
Politechniki Warszawskiej. Karykatury Jacentego Frankowskiego
wywoływały gorzką zadumę nad indolencją rządzących.

|